Ulubieńcy ostatnich miesięcy

Hej dziewczyny, baaardzo długo mnie nie było, za co Was serdecznie przepraszam i mam nadzieję, że jeszcze komuś zdarza się tu zaglądać. Sporo się u mnie działo i bardzo ciężko było mi znaleźć czas na pisanie, a nie chciałam też pisać byle jak i byle co. Zaniedbałam też zaglądanie na Wasze blogi, więc dużo czytania przede mną 🙂

Z racji tego, że kończy się czerwiec zmobilizowałam się w końcu i postanowiłam Wam opowiedzieć o ulubieńcach nie tylko czerwca,ale też wcześniejszych miesięcy, podczas których nadal testowałam różne produkty, ale nie miałam okazji się z Wami podzielić moimi wrażeniami. Tak więc przechodzimy do rzeczy, bez zbędnego przedłużania. Kolejność produktów, jak zwykle, losowa 🙂

Manicure hybrydowy i produkty firmy Semilac

WP_20160627_004

Mniej więcej na początku roku, po solidnym rozpoznaniu tematu, zdecydowałam się na zakup akcesoriów niezbędnych do samodzielnego wykonywania manicure hybrydowego. Wybrałam firmę Semilac i w moich rękach wkrótce znalazła się lampa LED 6W, aceton, cleaner (odtłuszczacz), waciki bezpyłowe, bloczek polerski, baza, top no i oczywiście lakiery. Stopniowo, pomału te lakiery uzupełniam, ponieważ jest to niemały jednorazowy wydatek (29 zł). Już po pierwszym manicure wykonanym hybrydami wiedziałam, że nigdy, przenigdy nie wrócę do lakierów tradycyjnych. Praca z hybrydami to czysta przyjemność 🙂 Lakier jest plastyczny i mogę poprawiać wszystkie niedociągnięcia w nieskończoność, dopóki paluszki nie znajdą się pod lampą mogę dopracowywać idealny dla mnie efekt. Wybór kolorów, które oferuje Semilac może przyprawić o zawrót głowy. Należy jednak zwrócić uwagę na fakt, że odcienie pokazywane na opakowaniach znacznie różnią się od koloru rzeczywistego, więc warto poszukać w internecie zdjęć wybranego odcienia, już na paznokciach lub próbniku. Poniżej możecie zobaczyć kolor Glossy Cranberry, który zupełnie inaczej wygląda na naklejce, zupełnie inaczej na zdjęciu moich paznokci i jeszcze inaczej na żywo. Na fotografiach wpada w fuksję, jednak tak na prawdę to bardzo stonowany odcień czerwieni.

WP_20160627_005 WP_20160627_006

Dla porównania jeszcze zdjęcie tego koloru z internetu (moim zdaniem najbardziej odpowiada rzeczywistości):

066 glossy cranberry

Wśród moich ulubionych kolorów znalazł się również numer 023 Banana- bardzo fajny wiosenno -letni kolor, wygląda idealnie, gdy skóra jest trochę opalona:

WP_20160627_008 WP_20160627_007

A te kolory, których używam najczęściej, oprócz wspomnianego wcześniej 066 Glossy Cranberry, to:

034 Mardi Gras

Created with Nokia Refocus

121 Ruby Charm (zdjęcie Maxineczka, od razu widać różnicę między profesjonalnym zdjęciem, a moimi 😉 muszę nad tym popracować)

121 Ruby Charm

063 Legendary Red

063 Legendary Red

002 Delicate French

002 Delicate French

i pożyczany kilka razy od koleżanki:

103 Elegant Raspberry

103 Elegant Raspberry

Z własnego doświadczenia mogę powiedzieć, że z hybrydami można się bardzo polubić, warto jednak poświęcić chwilę czasu na dokładne przygotowanie płytki paznokcia i nie robić manicure w pośpiechu, tylko postawić na spokój i precyzję. Wówczas możemy cieszyć się pięknym manicurem nawet przez 4 tygodnie! 🙂

L’oreal Volume Million Lashes So Couture

WP_20160627_012

Ta mascara podpatrzona u różnych blogerek i youtuberek skradła moje serce. W końcu znalazłam naprawdę idealny tusz! Maksymalnie pogrubia i wydłuża rzęsy, z łatwością można osiągnąć efekt sztucznych rzęs, ale również subtelne podkreślenie przy użyciu jednej warstwy tuszu. Ma to, co każdy tusz mieć powinien: jest mega czarny, pogrubia, wydłuża rzęsy, nie osypuje się, jest bardzo trwały i pięknie się prezentuje na rzęsach. Wyposażony w silikonową szczoteczkę z krótkimi „włoskami”, za pomocą których bardzo precyzyjnie możemy zaaplikować produkt.

WP_20160627_014
Jego cena jest dosyć wysoka, w Rossmannie kosztuje 60,99 zł, ja natomiast kupuję go w drogeriach internetowych za połowę tej ceny. Wart wypróbowania 🙂

Dove Balsam do ciała Summer Glow light skin

WP_20160627_009

Nie wiem czy wiecie, jeśli nie to zaraz się dowiecie, ale z natury mam bardzo jasną karnację, a nogi przeraźliwie wręcz białe 🙂 O ile resztę ciała udaje mi się czasem opalić, z nogami zawsze mam problem, a jeśli już się uda, są spieczone na raka, potem schodzi skóra i koniec marzeń o pięknej opaleniźnie 😉 Znalazłam doskonałe rozwiązanie na moją „przypadłość”, jest to balsam Dove z samoopalaczem, ale w bardzo bezpiecznej, niewielkiej ilości.

WP_20160627_010

Wystarczy posmarować ciało jak zwykłym balsamem, nie trzeba jakoś specjalnie uważać, bo nie da się nim narobić smug. Po 2-3 godzinach widoczny jest pierwszy delikatny efekt. Powtarzam ta czynność 3 dni z rzędu i efekt fajnej, zdrowej opalenizny utrzymuje się 7-10 dni. Oczywiście można normalnie się myć, nie robią się żadne zacieki czy smugi, kolor zmywa się bardzo równomiernie. Balsam nie ma tez nieprzyjemnego zapachu charakterystycznego dla samoopalaczy. Wiem, że jest też jego nowa wersja, ale ma słabe opinie  na wizażu. Tą starą wersję, którą posiadam, można kupić w drogerii superkoszyk.pl. Bardzo gorąco go polecam wszystkim „bledziuchom”, które chciały by w bezpieczny i zdrowy sposób nabrać trochę koloru 🙂

 

Ziaja Med Kuracja Antybakteryjna

Created with Nokia Refocus


W ulubieńcach grudnia pisałam Wam o kremie z tej serii, od tamtego czasu używam, dodatkowo oprócz kremu, tonik i punktowy żel na niedoskonałości. Cała trójka sprawdza się u mnie znakomicie, rzadko zdarza się jakaś „niespodzianka” na twarzy, skóra jest uspokojona i nie przetłuszcza się już tak bardzo. Jestem bardzo zadowolona z tej serii, jedyny produkt, który mi nie przypasował to żel do mycia twarzy, który wysuszył skórę i spowodował wysyp, tak więc odstawiłam go i używam go do mycia pędzli czy Beauty Blendera.

Ziaja Liście Manuka pasta do głębokiego oczyszczania twarzy

WP_20160627_018

Skoro już jesteśmy przy firmie Ziaja to muszę również wspomnieć o znakomitej paście oczyszczającej do twarzy. Gęsta, wydajna, doskonale peelinguje usuwając wszystkie zanieczyszczenia i martwy naskórek. Stosuję ją dwa razy w tygodniu, czasem rzadziej i w zupełności to wystarcza. Oczywiście pastą tą nie da się całkowicie oczyścić porów, ale dobrze wspomaga proces oczyszczania twarzy i krótko mówiąc jest to dobry i tani peeling do twarzy.

Golden Rose pomadka Sheer Shine 

WP_20160627_022
Nie używam zbyt często pomadek, ale gdy zobaczyłam efekt jaki dają na ustach nowe pomadki Golden Rose, musiałam wypróbować na sobie. Wybrałam kolor 18 i jestem bardzo zadowolona.

WP_20160627_021 WP_20160627_020
Pomadka jest niezwykle kremowa, nawilżająca, bardzo przyjemnie się ją nosi. Zapewnia delikatny efekt z pięknym połyskiem, w sam raz na lato. Na pewno dużym atutem jest cena (około 14, zł) oraz wybór kolorów, jest ich chyba ponad 30, o ile mnie pamięć nie myli. Dodatkowym plusem w mojej ocenie jest kształt pomadki, najbardziej lubię właśnie takie wąskie, wysuwane szminki 😉

Bardzo fajny przegląd kolorów autorstwa Hani Knopińskiej możecie obejrzeć tutaj:

https://www.youtube.com/watch?v=NYKSce3KOxA

 

Eveline Multiodżywcza oliwka do skórek i paznokci

eveline oliwka


Oczywiście nie mogłabym zapomnieć o mojej ulubionej w ostatnim czasie oliwce do pielęgnacji skórek i paznokci. Niezależnie od metody usuwania skórek (wycinanie, odsuwanie, zmiękczanie specjalnym żelem itd) zawsze odrastają u mnie dosyć twarde i suche, co wygląda bardzo nieestetycznie. Postanowiłam zacząć je odżywiać od zewnątrz i w ten sposób trafiłam na oliwkę z Eveline. Otrzymujemy ją w standardowej buteleczce z pędzelkiem, jak lakier do paznokci. Jest bardzo wydajna, pięknie pachnie (ten zapach kojarzy mi się z gumą Turbo 😉 ) i co najważniejsze robi swoją robotę 😉 Już po tygodniu stosowania (aplikacja raz dziennie) skórki stały się miękkie, przestały się „strzępić”, a skóra wokół paznokci przestała być podrażniona. Doskonale się tez sprawdza po zakładaniu i ściąganiu hybryd, aby trochę odżywić okolice paznokci po zastosowaniu cleanera i acetonu. Produkt rewelacyjny, na pewno kupię go ponownie, gdy uda mi się skończyć to opakowanie, które mam obecnie. Załączyłam zdjęcie z internetu, ponieważ, możecie sobie wyobrazić jak wygląda buteleczka z oliwką po kilku miesiącach używania 😉

Maybelline kredka do brwi Brow Satin

WP_20160627_015 (2)

Kolejnym produktem, który chciałabym Wam polecić jest wysuwana, dwustronna kredka do brwi firmy Maybelline.
Z jednej strony mamy wysuwaną cieniutką i dosyć twardą kredkę, którą z łatwością możemy rysować pojedyncze włoski, a w zależności od siły nacisku możemy uzyskać delikatne podkreślenie lub mocno zaznaczone brwi.

WP_20160627_016 (2)

Z drugiej strony jest gąbeczka z cieniem/pudrem,  którym bez problemu możemy wypełnić brwi i nadać im mocniejszy akcent.

WP_20160627_017 (2)

Produkt jest bardzo trwały, bez problemu utrzymuje się nawet 12 godzin bez dodatkowego utrwalania żelem do brwi. Nie rozmazuje się, nawet, gdy dopadł mnie deszcz brwi były w idealnym stanie. Ogólnie rewelacja, jestem z niej bardzo zadowolona i muszę przyznać, że zdetronizowała kredkę Loreal, którą niestety trzeba było ostrzyć i nie umożliwiała tak precyzyjnej aplikacji. Gorąco polecam 🙂 Tradycyjnie cena w Rossmannie to 28,79 zł, a w drogeriach internetowych 19,90 zł.

Maybelline Color Tattoo

WP_20160627_027

Kremowy cień do powiek, którego chyba nie trzeba nikomu przedstawiać 🙂 Wybrałam odcień Creme De Nude nr 93. Doskonale sprawdza się jako baza pod cienie, nie zbiera się w załamaniach, jest bardzo trwały i kremowy, ale ma taką dosyć toporna konsystencję. Nakładanie go pędzelkiem do korektora u mnie się nie sprawdziło i po prostu aplikuję go palcem, dzięki temu mogę go dokładnie wklepać i uzyskać jednolity kolor i powierzchnię. Przypadł mi bardzo do gustu i już teraz nie ma makijażu bez tego cienia 🙂 W planach mam wypróbowanie innych kolorów. Cena 25,69 zł w Rossmannie, a w drogeriach internetowych 14,90 zł. Więc nie muszę podpowiadać gdzie opłaca się go kupić 😉

Stapiz Sleek Line Repair (szampon, balsam i maska)

stapiz-sleek-line-repair-balsam stapiz-sleek-line-repair-maska-z-jedwabiem-1000-ml stapiz-sleek-line-szampon-z-jedwabiem-1000ml

I na koniec coś do pielęgnacji włosów, czyli seria, która już dawno stała się moim hitem pielęgnacyjnym.
Używałam na zmianę szamponu z balsamem, teraz używam szamponu i maski, bo nie udało mi się kupić balsamu. Wszystkie trzy produkty bardzo się lubią z moimi włosami, nie obciążają ich i doskonale odżywiają. Szampon super sobie radzi zarówno ze zmywaniem olejków jak i codzienną pielęgnacją. Dużo łatwiej jest mi rozczesać włosy i znacznie mniej ich wypada. Produkt bardzo dobrej jakości i w bardzo niskiej cenie- za 1L szamponu zazwyczaj płacę około 11-13 zł. Naprawdę warto wypróbować 🙂 Dostępne są oczywiście również w mniejszych opakowaniach (200 lub 300 ml), więc myślę, że każdy znajdzie coś dla siebie.

I to chyba tyle ode mnie dzisiaj 🙂 Mam nadzieję, że miło spędzicie czas czytając o moich nowych ulubieńcach i wkrótce napiszę znowu- obiecuję już nie robić tak długiej przerwy 🙂 Pozdrawiam Was bardzo serdecznie i do przeczytania! 😉

 

 

Reklamy

Zwierzaki Madzi

Witam Was bardzo serdecznie, dzisiaj będzie niekosmetycznie, chociaż zbieram się od dłuższego czasu do skończenia ulubieńców, dziś przychodzę z bardzo ważną sprawą i ogromną prośbą do Was kochane. Natknęłam się na profilu Martyny Wojciechowskiej na następujący wpis:

„Mam do Was wielką prośbę! Madzia jest niezwykle dzielną dziewczynką, którą poznałam w Przylądku Nadziei, walczącą z groźnym nowotworem kości. Jej największą pasją są zwierzęta. W domu czeka na nią cała gromada przyjaciół – dwa psy, króliczek, żółwie, myszki, rybki i … jaszczurki. Każdego dnia opisuje ich historie na swojej stronie. I ma takie wielkie marzenie, żeby o jej blogu dowiedziało się jak najwięcej osób. Wystarczy wejść na stronę http://zwierzakimadzi.blogspot.com/ i zostawić tam parę miłych słów, które z całą pewnością wywołają ogromny uśmiech na twarzy Madzi. 🙂

Pamiętajcie, że pomaganie jest cool! M.”

 DSC01872[1]
Dołączam się do tej prośby, Madzia ma wspaniałą pasję i ogromne serce, cudnie się czyta Jej wpisy i ogląda zdjęcia, które robi, jest inteligentna, zabawna, błyskotliwa 🙂 A do tego ma tyle siły na walkę ze straszną chorobą. Wesprzyjmy Ją chociaż w ten drobny sposób, odwiedzając jej bloga i pozostawiając po sobie ślad.

Ulubieńcy grudnia

Już od dobrych kilku dni mamy styczeń, więc przyszła pora na ulubieńców grudnia. Patrząc na wcześniejsze moje wpisy, widać jak na dłoni, że niezbyt regularnie publikowałam wpisy z ulubieńcami, co w roku 2016 zamierzam zmienić. Sama wyczekuję tych wpisów na moich ulubionych blogach i filmów u moich ulubionych youtuberek, chętnie wypatruję nowości i bardzo często wypróbowuję produkty, które polecacie, więc może ktoś coś ciekawego podpatrzy u mnie? 🙂 Nie przedłużając przejdę już do rzeczy. Chociaż lista nie będzie długa, zdecydowałam się znowu podzielić ją na produkty pielęgnacyjne i kolorówkę, chociaż tej drugiej nie będzie wiele 😉

 

Ulubione produkty pielęgnacyjne w grudniu:

  1. Dermaglin- maseczka do skóry głowyWP_20151219_001Tak, wiem… grafik płakał jak projektował to opakowanie 😉 Jest koszmarne, przaśne a siano na głowie tej pani na pewno nie zachęca do zakupu! Coś mnie jednak podkusiło na zakup kilku saszetek, choć wcale nie są tanie (ok. 6 zł za opakowanie jednorazowego użytku). Zakup dokonany absolutnie w ciemno (nigdy nie słyszałam o tej maseczce) okazał się strzałem w dziesiątkę. Maskę aplikuje się na skórę głowy, produkt dosyć szybko zasycha (jak to glinka) i wbrew pozorom łatwo go zmyć. A efekty? U mnie ta maseczka robi cuda: włosy są gładkie, lśniące, sprężyste i coraz mniej zostaje ich na szczotce. Do tego wyraźnie mniej się przetłuszczają, a na tym szczególnie mi zależy, bo staram się myć je rzadziej niż dotychczas i udaje mi się co dwa, a czasem nawet co trzy dni. Poniżej jeszcze wrzucam zdjęcie drugiej strony opakowania, żebyście mogły zobaczyć co mówi o niej producent. Jak dla mnie rewelacja i zdecydowanie ten produkt bardzo często mi towarzyszył w grudniu. Opinie na wizażu są bardzo podzielone, ale jeśli chodzi o moją, subiektywna opinię to jestem z tego produktu bardzo zadowolona. Wspomnę jeszcze na plus o naturalnym składzie, na który warto zwrócić uwagę.

    WP_20151219_002

  2. Ziaja Med Kuracja antybakteryjna- Krem redukujący trądzikCreated with Nokia RefocusKrem, którego skład jest fatalny (jak to Ziaja), sama chemia i zapychacze… A jednak! Działa! Nie wiem na czym polega fenomen produktów z serii Ziaja Med, ale są naprawdę skuteczne. Pamiętam, że już kiedyś mówiłam Wam o kremie dedykowanym dla osób z trądzikiem różowatym, który również bardzo dobrze się u mnie sprawdził przy walce z najzwyklejszym trądzikiem pod słońcem. I tutaj drugi raz miłe zaskoczenie. Krem nie ma jakichś szczególnych właściwości pielęgnacyjnych, bo jest ukierunkowany na konkretny problem. Kupiłam go zupełnie przypadkowo, chwytając się ostatniej deski ratunku. Niestety zawsze, gdy gdzieś wyjeżdżam, moja skóra reaguje fatalnie na zmianę wody informując mnie o tym bolesnymi wypryskami na twarzy. Pomimo tego, że pielęgnacja pozostaje ta sama, zmiana wody dla mojej skóry jak widać ma ogromne znaczenie. Nie pokładałam w tym kremie wielkich nadziei, liczyłam, że może chociaż odrobinę załagodzi te problemy skórne. Zdziwiłam się, bo już po pierwszej nocy wypryski były wyraźnie mniej zaognione, mniej bolesne i jakby zaczynały się goić. Dodatkowo ogromnym plusem jest to, że krem super pracuje z każdym podkładem, niezależnie czy to podkład w płynie czy mineralny, lekki czy mocno kryjący- pod każdym z nich zachowywał się wzorowo. Ogólnie nie lubię Ziaji, ich produkty mają fatalne składy, ale coś jest w tych kremach z serii Ziaja Med- to już drugi, który sprawdził się u mnie doskonale 🙂 Oczywiście produkt nie ma żadnego zapachu (jeszcze tego by brakowało na i tak już długiej liście składników), nie podrażnia, nie uczula, koi skórę, poprawia jej stan i przyspiesza gojenie obecnych już wyprysków i zapobiega powstawaniu nowych. Ogólnie, sama nie wiem jak to się stało, ale jestem bardzo na tak i ten produkt chyba na stałe u mnie zagości 🙂
  3. Avon Oczyszczające plastry w żeluCreated with Nokia RefocusBardzo fajna formuła plastrów w żelu, która wyjątkowo przypadła mi do gustu. Wystarczy wycisnąć trochę bardzo gęstego żelu z tubki i nałożyć na wybrane miejsce (u mnie głównie jest to nos, bo tam mam duży problem z widocznymi porami, które są zanieczyszczone). Żel zastyga (nie wiem niestety w jakim czasie, bo zwykle nakładam go podczas oglądania jakiegoś serialu, więc plus/minus trzymam plaster na nosie 30-40 minut), po dokładnym wyschnięciu powoli odrywam plaster i mogę „podziwiać” co kryła moja przecież tak dokładnie oczyszczana skóra… Ble! Plasterek fajnie chłodzi, doskonale wyciąga wszystko czego chcemy się pozbyć, nie podrażnił mnie, ani nie uczulił. Zdecydowanie kupię ponownie.
  4. Rival de Loop Tonik pielęgnacyjny do twarzyCreated with Nokia Refocus
    Co tu dużo mówić o toniku? Dobry, tani produkt 🙂 Dobrze oczyszcza cerę, nie podrażnia, nie uczula, przywraca skórze równowagę, nawilża, ma dobry skład, odświeża, tonizuje, koi skórę, nie pieni się i słyszałam, że przelany do butelki z atomizerem świetnie sprawdza się jako fixer, ale tego nie mogę potwierdzić, bo nie próbowałam. Gorąco polecam, dostępny w każdym Rossmannie za dosłownie kilka złotych. Ja swój, żeby nie skłamać kupiłam za około 4 zł.Ulubione produkty do makijażu w grudniu:

    1. Avon, Szminka w kredce w odcieniu Raspberry Rush

    Created with Nokia Refocus

    Producent mówi, że ta szminka m.in nadaje ustom głęboki, kremowy i trwały kolor o wysokim połysku i pozostawia na ustach uczucie nawilżenia, ale… jak wiecie byłam przez jakiś czas konsultantką Avonu i zdążyłam poznać ich produkty i doskonale wiem, że wszystkie pomadki w kredce, które mają są o wykończeniu matowym, a jak to zwykle z matowymi pomadkami bywa można zapomnieć o jakimkolwiek nawilżeniu 😉 Kupiłam ją świadomie, bo bardzo chciałam matowej, w miarę trwałej pomadki o ładnym, intensywnym odcieniu malinki i tylko dlatego wylądowała w ulubieńcach.

    WP_20160107_002

    Jeśli sugerowałabym się opisem, trafiła by do bubli 🙂 Bo jej aplikacja nie ma nic wspólnego z kremową konsystencją, wręcz przeciwnie jest sucha, matowa i dosyć tępa. Taką właśnie chciałam i taka mi odpowiada, bo kremowych pomadek mam na pęczki i jedno mi w nich przeszkadza- znikoma trwałość. Ta skubana trzyma się wiele godzin na ustach i znika w miarę równomiernie 🙂 Niestety, tradycyjnie moje beznadziejne zdjęcia nie oddają zupełnie tego pięknego, głębokiego i bardzo intensywnego koloru.

    2. Bell Hypoallergenic korygująca maskara do brwi

     

    Created with Nokia Refocus

    Maskara do brwi to kolejny produkt Bell, który mnie zachwycił. Posiada małą, precyzyjną spiralkę, dzięki której aplikacja przebiega szybko i sprawnie. Ubytki uzupełniam kredką, a całość utrwalam właśnie tą maskarą, która idealnie „trzyma” wszystkie włoski, tak jak je ułozę i dodatkowo je przyciemnia (dostępna jest w trzech kolorach, tak więc myślę, że każdy bez problemu znajdzie coś dla siebie). Jest bardzo rzadka, przez co niebywale wydajna, myślę, że starczy mi jeszcze na baaardzo długo. Jak zwykle w przypadku produktów Bell cena jest bardzo atrakcyjna- ja swoją kupiłam jeszcze dodatkowo w promocji i zapłaciłam 11,90 zł, cena regularna w Rossmannie to chyba około 17 zł.

    3. Lily Lolo Podkład mineralny w odcieniu Blondie

     

    WP_20151203_004

    To była miłość od pierwszego użycia 🙂 Generalnie pokochałam podkłady mineralne, ale tego z Lily Lolo nigdy wcześniej nie używałam. Zachwyciło mnie wszystko począwszy od zakupu, a konkretnie na stronie dostępna jest bardzo precyzyjna tabela, dzięki której bez najmniejszego problemu dobrałam swój kolor. Jego aplikacja jest łatwa i przyjemna, produkt bardzo drobniutko zmielony, daje bardzo naturalny efekt i jedwabiste wykończenie. Bez problemu można nim uzyskać również mocniejsze krycie (nie tracąc tego naturalnego efektu), dokładając kolejne warstwy. Słuchajcie, ten produkt można nawet nakładać po ciemku- nie da się nim zrobić sobie krzywdy. Na pewno będzie w najbliższym czasie jego dokładna recenzja, a póki co polecam Wam wpis na blogu Maria-N dotyczący tego właśnie podkładu mineralnego 🙂

    4. Beauty Blender

     

    WP_20151228_002

    I na końcu moja wisienka na torcie czyli Beauty Blender, który skradł moją makijażową duszę! 🙂 Fenomenalny produkt i już teraz dla mnie niezbędny. A więcej na jego temat możecie przeczytać w moim poprzednim wpisie. Jeszcze raz bardzo Wam go polecam, szczególnie jeśli aplikacja jakiegoś podkładu czy korektora sprawia Wam dużą trudność – moją pięta achillesową jest, przepraszam był Revlon Color Stay 🙂

    I to by było na tyle, jeśli chodzi o produkty, które towarzyszyły mi codziennie lub prawie codziennie w grudniu. Jeśli chodzi o kolorówkę, jest tego niewiele, ale używałam głównie produktów, o których wcześniej Wam pisałam, więc nie było sensu powielać tego, co było np. w ulubieńcach listopada. Jestem ciekawa Waszych ulubionych grudniowych produktów i mam nadzieję, że podzielicie się nimi w komentarzu 🙂

     

     

     

 

Beauty Blender

Witam Was kochane w Nowym Roku!

Zrobiłam długą przerwę, ale przez przygotowania do Świąt i próbę pogodzenia ich z chodzeniem do pracy nie udało mi się znaleźć czasu na nic ponad to. Już po piętach depczą mi ulubieńcy grudnia i ulubieńcy ubiegłego roku, a dzisiaj chciałam Wam przedstawić Beauty Blender, który zapewne wyląduje w obu wpisach, o których wspomniałam 🙂

WP_20151228_002

Znowu okazało się, że mój ukochany słucha mnie uważnie, nawet, gdy opowiadam o rzeczach dla mnie interesujących, a dla niego już niekoniecznie 🙂 Pod choinką znalazłam mój wymarzony Beauty Blender i powiem Wam, że byłam zszokowana, że gdzieś tam zarejestrował, gdy o nim mówiłam, że bardzo chciałabym go mieć. Ale dziś nie o moim (przyszłym) mężu, ale o tej magicznej gąbeczce.

Jestem pewna, że nie muszę tego narzędzia jakoś szczególnie przedstawiać, bo na pewno o nim słyszałyście lub być może również go używacie. Zacznijmy jednak od początku: po co to? jak tego używać? jak to umyć?

Tutaj posłużę się opisem ze strony Sephora:

„Odkryj różową gąbkę, która podbiła Amerykę! Ten kultowy produkt o oryginalnym kształcie jajka gwarantuje równomierną aplikację makijażu cery.

Produkt Beauty Blender niezbędny do wykonania idealnego makijażu. Spróbujesz i już się z nią nie rozstaniesz.

Jak używać ?
Beautyblender®, stosowana przez wszystkich makijażystów, nasącza się i rozprowadza na skórze podkład, rozświetlacz lub korektor dając ultra naturalny efekt. Delikatny i komfortowy materiał sprawia, że gąbka dokładnie rozprowadza produkt na twarzy.
Wąska końcówka umożliwia wykonanie makijażu specyficznych stref twarzy, takich jak kontur oka,usta czy skrzydełka nosa .
Jest idealna do konturowania i rzeźbienia twarzy”

Moje pierwsze wrażenia mogę opisać tylko w jeden sposób: WOW!!! 🙂
Beauty Blender przed użyciem należy zmoczyć, wówczas zwiększa on swoją objętość prawie dwukrotnie, co spróbowałam przedstawić na zdjęciach poniżej. Towarzyszą mu standardowej wielkości tusz to rzęs i puder, żeby pokazać jak niewielkich rozmiarów jest ta gąbeczka przed zmoczeniem:

WP_20151228_003

WP_20151228_004

Gdy Beauty Blender jest już zmoczony, a nadmiar wody odciśnięty wystarczy wycisnąć podkład na dłoń i można przystąpić do jego aplikacji. Przy pomocy tej gąbeczki używamy tylko ruchów stemplujących, nie rozcieramy nim produktu, nie próbujemy rozsmarować go. Aplikacja na mokro jest bardzo przyjemna, a efekt powalający.  Dolną częścią jajka stemplujemy podkład na policzkach, brodzie i nosie, a tej wąskiej, przypominającej stożek możemy użyć w trudno dostępnych miejscach twarzy, takich jak okolice pod oczami czy skrzydełka nosa.
Nie byłabym sobą, gdybym na na pierwszy strzał nie wzięła najtrudniejszego w aplikacji podkładu jaki posiadam, czyli Revlon Color Stay. Nigdy w życiu nie udało mi się zaaplikować tego produktu tak perfekcyjnie, bez żadnych smug czy plam. Za pomocą Beauty Blendera rozprowadziłam go równomiernie bardzo cienką warstwą, a tam gdzie to było konieczne dołożyłam kolejną, aby uzyskać mocniejsze krycie.
Beauty Blender jest niesamowicie miękki i elastyczny, a jego porowata struktura zapewnia na prawdę perfekcyjne rozprowadzenie każdego produktu. Poza Revlon Color Stay użyłam Beauty Blendera do aplikacji podkładu Lancome, Bell, Avon, różnych kremów BB, korektorów itd. Przy każdym z nich aplikacja to bajka. Próbowałam różnych tańszych „zamienników” Beauty Blendera, ale żaden nie jest nawet w połowie tak dobry. Większość jest twarda, zjada podkład w niemiłosiernych ilościach i tworzy nieestetyczne plamy i smugi. W przypadku Beauty Blendera nie ma o tym mowy. Jest niesamowicie miękki, zjada podkład, ale oddaje go w całości, dzięki niemu każdy podkład niezależnie od jakości idealnie stapia się z cerą. Reasumując jestem nim zachwycona 🙂
Poza tymi wszystkimi plusami, które wymieniłam, muszę wspomnieć o jeszcze jednym, bardzo istotnym: aplikacja każdego, podkreślam KAŻDEGO podkładu nie zajmuje mi dłużej niż minutę! 🙂 Jego cena to 69 zł i przy odpowiednim użytkowaniu powinien być zdatny do użycia przez 3 do 6 miesięcy. Moim zdaniem, po wypróbowaniu go, jest wart swojej ceny. Nie wiem dokładnie z jakiego tworzywa jest wykonany, ale daje niesamowite efekty. Nie uzyskacie ich pędzlem czy paluszkami lub zwykłą lateksową gąbeczką, po prostu nie ma takiej możliwości 😉
Jeśli chodzi o czyszczenie, to jest do niego dedykowany płyn, ale ja czyszczę go mieszaniną olejków, którymi usuwam makijaż, a na koniec mydełkiem antybakteryjnym lub delikatnym szamponem dla dzieci i też jest z nim wszystko ok. Fajne jest to, że dzięki temu, że używa się go na mokro wystarczy wyczyścić go tuż przed użyciem, zwłaszcza, że nie zajmuje to dużo czasu.

Tak jak wspomniałam wcześniej zakochałam się w Beauty Blenderze  i nie wyobrażam sobie już bez niego wykonywania codziennego makijażu 🙂 Bardzo gorąco Wam go polecam i jestem ciekawa Waszych opinii na jego temat.

GLOV on the go

Jakiś czas temu dostałam od mojej siostry rękawicę do demakijażu, którą wystarczy tylko zmoczyć wodą i usuwa bezbłędnie cały makijaż, bez konieczności użycia mleczka, żelu czy płynu micelarnego. Ot tak po prostu, sama woda… jak się domyślacie moje podejście było bardzo sceptyczne i rękawica bardzo długo leżała w szufladzie, aż w końcu postanowiłam ją przetestować i dzisiaj Wam o niej trochę opowiedzieć.

WP_20151212_001

Opis producenta

Rękawica do demakijażu Glov on-the-go starannie usunie cały makijaż i oczyści skórę twarzy tylko za pomocą wody. Zastępuje wiele kosmetyków do demakijażu po to, aby nasza skóra była naturalnie zdrowa i piękna.Jest wielokrotnego użytku, można ją stosować do 3 miesięcy.
Praktyczny kształt rękawiczki Glov on-the-go świetnie sprawdza się w podróży, na kontrolach lotniskowych czy w torbie na fitness. Przeznaczony jest do lekkiego, codziennego makijażu. Sekretem jest włókno. Stworzone w mikro-technologii, dzięki elektrostatycznym właściwościom działa jak magnez na makijaż dokładnie go usuwając. Nasza skóra jest idealnie oczyszczona z makijażu oraz nadmiaru sebum.
Glov jest idealny dla każdego typu cery, nawet najbardziej wrażliwej.
Testy dermatologiczne potwierdziły w 100% jego antyalergiczność.
Glov wzmacnia barierę hydro-lipidowa skóry, która aktywnie się reguluje. Włókna działają lekko pilingująco, pobudzają mikro-krążenie skóry wygładzając ją, nadając jej matowy efekt.
Glov to demakijaż sprytny i wygodny w każdej sytuacji. Demakijaż z Glov jest przyjazny dla użytkowników soczewek kontaktowych, nie podrażnia oczu. Jest również przyjazny dla środowiska.

WP_20151212_009Opakowanie

Rękawica Glov zapakowana jest w niewielkie kartonowe opakowanie,z którego wysuwamy jeszcze jeden kartonik, a w nim znajdujemy rękawicę umieszczoną w szczelnie zamkniętym, foliowym woreczku. Produkt jest bardzo higienicznie zapakowany, tak więc nie musimy się obawiać, że ktoś przed nami go dotykał.  Jeśli chodzi o sam wygląd opakowania, jak najbardziej przypadł mi do gustu- króluje minimalizm, a zarówno z tyłu jak i wewnątrz opakowania znajdujemy wszystkie niezbędne informacje dotyczące m.in sposobu użycia produktu, również w języku polskim i w wersji obrazkowej 🙂

WP_20151212_002

WP_20151212_003

WP_20151212_004 WP_20151212_007

 

Zapach i konsystencja

Rękawiczka oczywiście nie ma żadnego zapachu i nie jest nasączona żadnymi specyfikami 🙂 Jest bardzo miękka i miła w dotyku. Jeśli chodzi o jej wielkość to mieści się w sam raz na palce, nie zsuwa się, ale też nie ma najmniejszego problemu z jej ściągnięciem. Krótko mówiąc bardzo wygodna w użyciu.

WP_20151212_005

Działanie

Zacznę od tego jak w ogóle używa się tej rekawicy i tutaj podeprę się już gotowym sposobem użycia ze strony Sephory:

1. Zmocz produkt pod zimną lub ciepłą wodą (zimna orzeźwia, ciepła odpręża i lepiej radzi sobie z bardzo mocnym makijażem).
2. Zacznij demakijaż od oczu. Przyłóż włókno do powieki i delikatnie pulsującymi, okrężnymi ruchami pozwól mu zadziałać na strukturę rzęs. Ściągnij makijaż oczu.
3. Czystą powierzchnią rękawicy zmyj makijaż twarzy, szyi i dekoltu również stosując delikatne okrężne ruchy.
4. Po użyciu przepłucz pod bieżącą wodą z odrobiną zwykłego mydła (najlepiej sprawdza się tzw. mydło marsylskie, w prostym składzie).
5. Odwieś Glov do wysuszenia a będzie gotowy do ponownego użytku.

Jak widać jest to bardzo prosty zabieg i nie wymaga żadnych dodatkowych środków, no może poza wodą 🙂
Tak jak wspomniałam na początku wpisu, moje podejście do Glov było bardzo sceptyczne i szczerze mówiąc nie wierzyłam, że tylko za pomocą wody i byle szmatki uda mi się dokładnie usunąć makijaż. Ależ się zdziwiłam! 🙂
Glov poradził sobie znakomicie, bez najmniejszego problemu usunęłam makijaż oczu, zmyłam wodoodporny żel, którym utrwalałam brwi, po pudrze, różu, pudrze brązującym i podkładzie również nie było śladu. Oczywiście nie byłabym sobą, gdybym nie sprawdziła tego jeszcze dokładniej. Nasączyłam wacik płynem micelarnym i przemyłam nim całą twarz i spodziewałam się, że będzie brudny. Zdziwiłam się po raz drugi i teraz już na prawdę na poważnie- wacik był czyściutki, ani śladu kosmetyków!
Cała magia tkwi we włóknach Glov, które wykonane zostały w mikro technologii. Na stronie producenta przeczytałam, że przez ponad 2 lata ich zespół badał tysiące różnych splotów, składów i struktur włókien i w ten sposób powstały włókna Glov, które w przekroju wyglądają jak ośmioramienna rozgwiazda, dzięki czemu łatwiej i efektywniej zbierają makijaz i zabrudzenia. Z ciekawostek wyczytałam też, że  1 kilometr włókien GLOV waży mniej niż 1 gram, a jedno włókno Glov jest do 30 razy cieńsze od włókna bawełny i do 100 razy cieńsze od ludzkiego włosa!
Przyznacie chyba, że to intrygujący produkt?
Niestety tutaj nastąpi małe „ale”. Rękawica na sucho jest bardzo przyjemna w dotyku, jednak, po jej zmoczeniu, moja twarz nie była już takiego zdania. Nie wystąpiły co prawda żadne podrażnienia, nie tarłam też twarzy jakoś super mocno, ale jednak skóra była zaczerwieniona i taka nieprzyjemnie naciągnięta. Nie wiem czy jest to kwestia tego, że od dłuższego czasu robię demakijaż olejami i moja skóra przyzwyczaiła się do tego, że przy tym zabiegu jest przyjemnie otulona olejkami? Z drugiej strony przecież zmywam oleje mokrym ręczniczkiem, więc w sumie odczucia powinny być podobne. Tak czy owak demakijaż rękawicą nie należał do najprzyjemniejszych.
Jeśli chodzi o utrzymanie samego produktu w czystości, to bez problemu wyprałam rękawicę za pomocą zwykłego mydła Protex i ciepłej wody.

Cena

Ja swoją rękawicę dostałam w prezencie, ale z tego co widzę tą wersję, którą ja posiadam można kupić za kolo 37- 39 zł. Są różne rodzaje tych rękawic, ale ten wpis nie jest o nich, więc nie będę zagłębiała się w ich ceny.

Reasumując

Rękawica Glov naprawdę działa- usuwa dobrze makijaż, nawet te wodoodporne produkty, jednak nie przypadło mi do gustu to uczucie ściągnięcia po demakijażu. Bardzo łatwo jest ten produkt wyczyścić zwykłym mydłem i przy kolejnych użyciach właściwości są takie same jak przy pierwszym. Producent zapewnia, że można tego produktu używać przez 3 miesiące i przez ten czas powinien zachować swoje właściwości- tego jeszcze nie wiem, ale na pewno dam Wam znać. Nie jestem pewna czy kupiłabym ten produkt. Za jego cenę (około 40 zł) mogę kupić olejki, które wystarczą mi spokojnie na pół roku stosowania. Dodatkowo jestem nastawiona na to, że mój demakijaż jest przyjemny i przede wszystkim produkty, których używam mają dobry wpływ na moją cerę, czego o rękawicy nie mogę powiedzieć,bo nie ma żadnego działania pielęgnującego- po prostu usuwa makijaż. Na pewno jest to ciekawy wynalazek, zaskakujący i myślę, że świetnie sprawdzi się np. podczas wyjazdów,gdy zależy nam na oszczędzaniu miejsca w kosmetyczce, ale nie wiem czy skusiłabym się na zakup.

Dajcie znać czy miałyście okazję używać Glov i co o tym produkcie sądzicie, jestem bardzo ciekawa Waszych opinii 🙂

P.S. Przepraszam Was za jakość zdjęć, ale miałam wyjątkowo kiepskie oświetlenie i coś nie mogłam złapać ostrości. Robienie dobrych zdjęć to niestety nadal dla mnie czarna magia. Mam nadzieję, że mi wybaczycie 🙂

 

Zostań Mikołajem dla bezdomniaka

Kochane!

Dzisiaj będzie zupełnie niekosmetycznie. Chciałam podzielić się z Wami inicjatywą, którą sama oczywiście wsparłam.
Chodzi o pomoc dla Meli, około 5 letniej suczki w typie amstaffa, która bardzo wiele wycierpiała w swoim życiu 😦

mela1

Poniżej pozwolę sobie wkleić szczegółowe informacje na jej temat, które możecie także przeczytać pod tym adresem:

http://nakedbrindle.blox.pl/2015/12/I-ty-mozesz-zostac-Mikolajem-dla-bezdomniaka.html

„Mela to ok. 5-letnia sunia w typie amstaffa. Dziś obraz nędzy i rozpaczy w pręgowanym ciele. Nie wiemy jak długo była zaniedbywana i nieleczona przez poprzedniego opiekuna. Czy Mela miała w ogóle kiedykolwiek troskliwy dom? Tego już się nie dowiemy. Gdy dostaliśmy jej zdjęcia od schroniska z błaganiem o pomoc, nie mogliśmy przejść obojętnie. Nie mogła też przejść obojętnie Karolina, która podarowała jej najważniejszy pierwszy krok w powrocie do pełni formy – dom tymczasowy. I tak zaczęła się po raz kolejny „nasza walka”.

Mela przyjechała do Warszawy, gdzie przeszła już pierwsze konsultacje: okulistyczną, dermatologiczną, internistyczną i dentystyczną. Dostaliśmy szereg badań, zaleceń, leków. Przede wszystkim leczymy zapalenie płuc u Meli oraz zapalenie barwnikowe rogówki. Po zaleczeniu tych chorób, Mela będzie musiała przejść aż trzy operacje:
– sterylizację + wycięcie narośli (guzków) z ciała,
– operacje Stadesa – korektę powiek skierowanych w stronę rogówki,
– piłowanie i usunięcie wielu zębów.

Mela trafiając do nas otworzyła kolejną puszkę wydatków. Jej leczenie już kosztowało nas 700 zł (rozliczenie na forum fundacji), a to dopiero początek.
Pragniemy zwrócić Waszą uwagę, że psy trafiając do fundacji dostają bardzo dobrą opiekę oraz właściwe leczenie, na które w schronisku nie mają szans. Fundacja nie dostaje dotacji z budżetu państwa. Leczymy, dbamy i „naprawiamy” psy dzięki Waszej hojności. Bez Was nie ma nas. Dlatego po raz kolejny musimy zaapelować do Waszych serc i portfeli o pomoc. Musimy pomóc Meli! To wspaniały, łagodny i spokojny pies.

Więcej informacji: http://www.fundacja-ast.pl/pl/adopcje/psy-fundacyjne/777-mela

mela3

Wszystkich, którzy chcą się dołożyć do paczki dla Meli – zapraszam do kontaktu mailowego (alau@vp.pl) lub przez fanpage na facebooku ( link ). Liczy się nawet najmniejsza pomoc, wspólnymi siłami możemy zrobić kochanej suni super prezent i choć trochę odciążyć jej opiekunów.”

 

Wiem, że mój blog nie ma wielu czytelniczek, ale bardzo gorąco proszę Was o choćby najmniejszą pomoc dla Meli, zasłużyła, aby w końcu otrzymać coś dobrego od człowieka. Będę Wam również bardzo wdzięczna za przekazanie wieści dalej.

Bell Fluo Top Coat

Dzisiejszy wpis niestety będzie krótki, treściwy i pozbawiony zachwytów. Przedstawiam Wam lakier nawierzchniowy Fluo Top Coat z Bell.

WP_20151201_001

 

 

Kupiłam go spodziewając się po nim typowego działania dla tego typu produktów, czyli ładne nabłyszczenie, przedłużenie trwałości lakieru, przyspieszenie schnięcia lakieru bazowego,może nawet lekkie utwardzenie. Niestety zawiodłam się okropnie.

 

WP_20151201_003

Pierwsza rzecz, która rzuca się w oczy, a właściwie w nozdrza, to okropny smród (nie jest to typowy smrodek lakieru do paznokci), naprawdę może zemdlić. Stwierdziłam- trudno, może po prostu tak musi być, zapach na pewno ulotni się za jakiś czas. Przechodząc dalej, pomalowałam paznokcie i jeszcze przed całkowitym wyschnięciem (tak zazwyczaj stosuje się lakiery nawierzchniowe) zaaplikowałam produkt z Bell. Jakież było moje zdziwienie, kiedy zobaczyłam, że nałożony przed chwilą top coat nie dość, że zmienia kolor lakieru to jeszcze go rozpuszcza do tego stopnia, że zaczynam widzieć mój paznokieć spod spodu! OK, zmyłam ten syf, który zrobił mi się na paznokciach i postanowiłam dać mu drugą szansę, jako, że nie jestem jakoś szczególnie obrażalska, jeśli chodzi o testowanie nowych produktów. Spróbowałam z innym lakierem- niestety to samo (tych różnych lakierów, zarówno odcieni jak i firm, było kilka). Zmieniłam całkowicie strategię pozwalając lakierowi wyschnąć całkowicie, niestety tutaj również bez zmian- top coat z Bell zmieniał nadal kolory lakierów pod spodem i rozpuszczał je, co prawda mniej niż poprzednio, ale jednak. Próbowałam na lakierach ciemnych, pastelowych, droższych, tańszych- na każdym ten sam problem. Nie wiem czy trafiłam na jakiś wadliwy egzemplarz Fluo Top Coat, ale jestem bardzo rozczarowana. Czytałam opinie na wizażu i różnych forach i z tego co widzę są osoby, u których sprawdził się znakomicie, ale są również opinie podobne do mojej. Powiedzcie proszę, miałyście z nim do czynienia? Co sądzicie o tym produkcie?
Naprawdę ostatnimi czasy bardzo polubiłam produkty z Bell i tym większe było moje rozczarowanie tym lakierem nawierzchniowym. Bardzo nie chciałam wrzucać go do bubli, ale chyba nieuchronnie tam wyląduje.
Jeśli miałabym znaleźć jakieś jego dobre strony, to na pewno wskazałabym bardzo wygodny pędzelek i dobrą konsystencję, również po wyschnięciu błyszczał i był faktycznie twardy, jednak co mi z tego, jeśli cały manicure został zniszczony po nałożeniu czegoś, co z założenia powinno było go utrwalić.
Może jeszcze kiedyś dam mu szansę i kupię nowy egzemplarz, a ten który mam póki co ląduje tam gdzie jego miejsce, czyli w koszu na śmieci.

L’oreal False Lash Architect 4D

Kilka dni temu w ulubieńcach listopada wspomniałam Wam krótko o tuszu do rzęs, z którym nie rozstawałam się w ubiegłym miesiącu. Dzisiaj chcę Wam go przedstawić trochę bardziej szczegółowo, mowa oczywiście o L’oreal False Lash Architect 4D Black Lacquer.

Created with Nokia Refocus

 

Opis producenta

False Lash Architect 4D Efekt sztucznych rzęs tusz ten sprawia, że rzęsy są perfekcyjnie rozdzielone, wydłużone, podkręcone i widocznie grubsze. Dzięki mocy modelujących włókien efekt sztucznych rzęs wkracza w czwarty wymiar. Doskonałe proporcje szczoteczki oraz jej ergonomiczny kształt ułatwiają precyzyjną aplikację mikrowłókien na całej długości rzęs, docierając nawet do najtrudniej dostępnych.

Opakowanie

Mascarę otrzymujemy w ciekawie wykonanym, geometrycznym, czarno-srebrnym opakowaniu. Pojemność raczej standardowa 10 ml. Co najważniejsze opakowanie po dłuższym stosowaniu nadal szczelnie się zakręca, więc tusz nie wysycha przedwcześnie. Na pewno na zwrócenie uwagi zasługuje szczoteczka, która wykonana jest z dosyć miękkiego włosia- nie bardzo lubię te silikonowe szczoteczki, ponieważ trochę mnie „dziubią” podczas malowania rzęs. Szczoteczka ma stożkowaty kształt i jest średnich rozmiarów, bardzo wygodnie można dotrzeć do rzęs w wewnętrznym kąciku oka, dzięki temu własnie, że szczoteczka się zwęża ku końcowi.

Created with Nokia Refocus

 

Zapach i konsystencja

Nie będę się tutaj specjalnie rozpisywać- tusz jak tusz 🙂 Nie ma szczególnego zapachu (ja przynajmniej nic nie wyczuwam) i nie jest zbyt lejący, ani zbyt gęsty. Bardzo wygodnie się go aplikuje, nie osypuje się w ciągu dnia i łatwo się zmywa płynem micelarnym.

Działanie

Moje rzęsy są długie, ale niestety od połowy długości są w bardzo jasnym blondzie, więc w praktyce są prawie niewidoczne, a dodatkowo są raczej rzadkie, co zresztą mogłyście zobaczyć przy którymś wpisie o korektorach. Krótko mówiąc mascara z L’oreal bardzo daje radę 🙂 Rzęsy są ładnie pogrubione i wydłużone już po jednej warstwie. Tusz ma na prawdę głęboki, czarny kolor, więc dodając drugą warstwę można wykonać mocniej podkreślić oczy np. na jakieś wieczorne wyjście. Na zdjęciu poniżej możecie zobaczyć jaki efekt daje tusz po jednej warstwie (zaznaczam jednak, że po pierwsze zrobienie dobrego zdjęcia graniczy u mnie z cudem, a po drugie rzęsy malowane już marną resztką, no i po trzecie na żywo efekt zdecydowanie ładniejszy, więc proszę o litość 😉

WP_20151129_001 (2)

WP_20151129_002 (2)

WP_20151129_003 (2)
Dla porównania dorzucam również zdjęcie bez mascary:

Dodaj tytuł

Cena

W Rossmannie cena tej mascary to 59,99 zł. Ja natomiast widziałam go w różnych drogeriach internetowych już od 29 zł, także zdecydowanie bardziej opłaca się go kupić online.

Reasumując

Na pewno kupię ten tusz ponownie, chciałam go kupić przy ostatnim uzupełnianiu zapasów, bo w moim niewiele zostało, ale niestety nie był dostępny w drogerii internetowej, w której robiłam zamówienie, więc kupiłam na razie inny tusz, który pewnie niedługo doczeka się swojej recenzji. L’oreal False Lash Architect 4D sprawdza się u mnie doskonale, świetnie pogrubia i wydłuża rzęsy, kompletnie nic się  z nim nie dzieje przez cały dzień, więc nie trzeba się obawiać efektu pandy, nie uczula, nie podrażnia, nie skleja rzęs. Jak dla mnie super i polecam Wam go z czystym sumieniem 🙂

 

 

 

Ulubieńcy listopada

Listopad już prawie za nami, więc przyszedł czas na ulubieńców- mam nadzieję, że docenicie fakt, iż tym razem udało mi się nie spóźnić, a wręcz jestem za wcześnie 🙂 W minionym miesiącu bardzo polubiłam się z wieloma produktami, więc postanowiłam podzielić je na produkty do pielęgnacji i do makijażu.

Zacznijmy od pielęgnacji:

  1. Lancôme Visionnaire Nuit 
    Krem na noc, o którym mogłyście przeczytać kilka dni temu, skradł moje serce i jest ulubieńcem nie tylko listopada, ale również września i października (gdybym tylko poczyniła takie wpisy ;)).  Długotrwale odżywia, nawilża, regeneruje i sprawia, że skóra jest naprawdę wypoczęta. Cudownie pachnie,a aplikacja tego produktu jest wyjątkowo przyjemna. Zdecydowanie jest to mój numer 1.Created with Nokia Refocus
  2. Kallos Keratin maska do włosów z keratyną.
    Jeszcze nie miałam okazji przedstawić Wam recenzji tego produktu, ale mam nadzieję w najbliższym czasie to nadrobić. Postaram się jednak teraz w skrócie przybliżyć produkt. Maska przeznaczona jest szczególnie do włosów suchych, zniszczonych, poddawanych szkodliwym zabiegom, które potrzebują nawilżenia i regeneracji. Stosowałam ją codziennie (ponieważ nadal nie udało mi się zmniejszyć częstotliwości mycia włosów), po umyciu włosów nakładałam ją na 5 minut (na całą długość włosów, również u nasady), a następnie spłukiwałam. Produkt bardzo przyjemnie pachnie, faktycznie nawilża włosy i odżywia je, przy okazji nie obciążając. Widzę, że włosy wyraźnie lepiej wyglądają, są miękkie, jedwabiste, ich kondycja jest znacznie lepsza , a przy okazji są dobrze zabezpieczone przed działaniem suszarki (niestety, gdy zrobiło się zimno powróciłam do suszenia suszarką). Dodatkowym atutem jest cena produktu 11,90 zł za 1000 ml 🙂Źródło: http://www.cocolita.pl/odzywki/kallos-maska-do-wlosow-z-keratyna-1000-ml?campaign-id=14
  3. Kallos Silk szampon do włosów z jedwabiem  
    Kolejny produkt z firmy Kallos, który zachwycił mnie i wskoczył na listę ulubieńców. Szampon ten również przeznaczony jest do włosów suchych i zniszczonych, jego pełna recenzja wkrótce pojawi się  na blogu, ale w skrócie powiem Wam, że bardzo fajnie odżywia włosy i sprawia, że są takie „sypkie” i wraca do nich życie. Gołym okiem widać, że są dobrze odżywione. Czasem stosuję tylko szampon, jeśli nie mam czasu albo nie chce mi się nakładać maski i też jest bardzo dobrze. Oczywiście ze względu na długość włosów muszę użyć po myciu odżywki bez spłukiwania lub olejku, aby móc je w ogóle rozczesać, ale gdybym miała krótsze włosy jestem pewna, że używanie odżywki czy maski nie byłoby konieczne. Podobnie jak opisana wyżej maska, szampon ma bardzo przyjemny zapach i również kusi stosunkiem pojemności do ceny (11,90 zł za 1000 ml).  Oba zdjęcia (maski i szamponu) pochodzą ze strony cocolita.pl, niestety maska się skończyła, a ja zapomniałam ją sfotografować, a szampon, a właściwie jego opakowanie wygląda zupełnie niewyjściowo przez osad z kamienia, który mamy w wodzie i prezentuje się bardzo nieestetycznie- wolałam Wam tego oszczędzić 😉kallos silk
  4. Evree Balsam głęboko nawilżający
    Mój numer jeden jeśli chodzi o pielęgnację ciała. Mogłyście poczytać trochę na jego temat tutaj, więc jeśli jeszcze nie miałyście okazji zachęcam Was do zapoznania się z recenzją. Krótko mówiąc- dla mnie jest do balsam idealny, póki co nie miałam lepszego. Gorąco polecam 🙂WP_20151027_001
  5. Evree Krem do rąk głęboko nawilżający
    Razem z balsamem tworzą złoty duet! Krem podobnie jak balsam doskonale się wchłania, jest mega wydajny, pięknie pachnie (chociaż moja przyjaciółka na przykład nie lubi tego zapachu) i co najważniejsze jest baaardzo nawilżający. Cudeńko! 🙂 Jeżeli go nie znacie, a chciałybyście dowiedzieć się o nim więcej, dajcie proszę znać w komentarzach czy chcecie przeczytać jego recenzję.WP_20151006_004 1
  6. Perfecta maseczki Beauty Mask (różne rodzaje)
    W listopadzie królowały u mnie maseczki (nic nowego zresztą), a wśród tych, które najlepiej się u mnie sprawdziły znalazły się maseczki w jednorazowych saszetkach z Perfecty. Można je kupić np. w Lidlu za mniej niż 2 zł (niestety nie pamiętam jaka była dokładna cena). Te, które wypróbowałam to:
    – głęboko oczyszczająca (cera trądzikowa)
    – głęboko nawilżająca (cera odwodniona i zmęczona)
    – odżywcza (cera sucha)
    – wygładzająca (cera normalna, mieszana, tłusta)Nie będę opisywała teraz każdej z osobna, bo pewnie doczekają się swoich recenzji, ale naprawdę każda z nich bardzo fajnie działała. Wszystkie maja gładką konsystencję i bardzo łatwo się je aplikuje, 3 spośród nich nakładałam na około 15- 20 minut, a jedną z nich na całą noc zamiast kremu. Są proste w użyciu, higienicznie zapakowane i robią swoje. Tak najkrócej bym je opisała zbiorczo. Na pewno są to produkty, które teraz kupię w większej ilości, żeby uzupełnić swoje zapasy 🙂 Wybór jest bardzo duży, więc każdy znajdzie coś dla siebie. Zdecydowanie warto je wypróbować. Mam tłustą i dodatkowo wrażliwą cerę, ale żadna mnie nie podrażniła ani nie wywołała żadnych nieprzyjemnych odczuć, po każdej z nich cera była odświeżona, po niektórych nawilżona i matowa przez kilka godzin. Maseczki stanowią świetne przygotowanie skóry do dalszych zabiegów pielęgnacyjnych, a przy okazji dają dużo radości każdej kosmetycznej maniaczce 🙂
    Zdjęcia zapożyczone ze strony http://www.dax.com.pl/, ponieważ moje opakowania wylądowały w koszu i tradycyjnie zapomniałam o zrobieniu zdjęć.
    wygładzająca odżywcza oczyszczająca nawilżająca

Jeśli zaś chodzi o listę produktów do makijażu, które skradły moje serce w listopadzie, to prezentuje się ona następująco:

  1. Korektor rozświetlający L’oreal Lumi Magique
    O tym lekkim, rozświetlającym korektorze pisałam tutaj, jeżeli jeszcze nie miałyście okazji zapoznać się z recenzją to gorąco Was do tego zachęcam. Lumi Magique przypadł mi bardzo do gustu głównie ze względu na lekkość, łatwość aplikacji i piękne stapianie się ze skórą i perfekcyjne rozświetlenie. Idealny pod oczy i do rozświetlania tych partii twarzy, które tego potrzebują. Stał się stałym bywalcem w mojej kosmetyczce i na pewno pozostanie nim na długo.Created with Nokia Refocus
  2. L’oreal Brow Stylist Designer kredka do brwi
    Bardzo lubię kredki do brwi, jednak często trafiam na produkty zbyt miękkie, aby można było malować pojedyncze brakujące włoski- z Brow Stylist Designer jest inaczej. Nie jest ani zbyt twarda, ani zbyt miękka, moim zdaniem ma idealną konsystencję i można nią osiągnąć różne efekty, w zależności od tego czy wolimy wypełniać brwi w sposób bardziej rozmyty czy precyzyjnie dorysowywać pojedyncze włoski- ona daje radę! 🙂
    Odcień, który wybrałam czyli 315 dark brunette jest subtelnym, chłodnym brązem, który w zależności od intensywności aplikacji łatwo dopasować do swojej karnacji i koloru włosów. Praca z tą kredką to czysta przyjemność i naprawdę daje wiele możliwości. Dodatkowym atutem jest spiralka do wyczesywania brwi, którą znajdziemy na drugim końcu kredki. Na pewno ten produkt wkrótce zrecenzuję bardziej szczegółowo, a na chwile obecną polecam 🙂WP_20151004_006
  3. Bell Royal Mat- matująco- kryjący fluid z aloesem
    Zakup tego podkładu to był absolutny spontan podczas wizyty w Biedronce. W gruncie rzeczy przyszłam po składniki potrzebne mi do obiadu, a wyszłam z reklamówką kosmetyków. Od razu powiem- nie szukałam ani mocnego krycia, ani super matu, a raczej podkładu o średnim kryciu, ale za to nawilżającym i mocniejszym niż krem BB. Odkąd używam cudotwórczego kremu na noc, moja cera znacznie się poprawiła, więc postanowiłam kupić coś lżejszego niż chociażby Revlon Color Stay. I powiem Wam, że ten podkład to był strzał w dziesiątkę. Owszem, można z nim przesadzić i wtedy uzyskujemy na twarzy piękny beton ;), ale aplikowany z umiarem daje ładne matowe wykończenie, które może nie jest jakieś bardzo długotrwałe, ale z tym podkładem absolutnie nic się nie dzieje: nie warzy się, nie ściera, nie przesuwa w ciągu dnia, nie tworzą się plamy. I do tego super nawilża. Wiecie dobrze, że mam bardzo tłustą cerę i naprawdę mało który podkład jest w stanie zapewnić mi mat na cały dzień, przyzwyczaiłam się, że zawsze jaką bibułkę matującą czy chusteczkę mam w pogotowiu. W przypadku Royal Mat jest podobnie, jednak z tą różnicą, że użycie bibułki nie ściąga mi pigmentu z twarzy, podkład ciągle znajduje się tam gdzie powinien i pod koniec dnia jedyne co się zmienia to po prostu pojawia się błyszczenie. Obecnie jest to mój ulubiony podkład i używam go codziennie, a już niebawem przedstawię Wam szczegółową recenzję 🙂 A póki co polecam! Lekka, może nawet odrbinę lejąca konsystencja, średnie krycie, niezłe nawilżenie, przyjemny zapach, trwałość i wszystko to za kilkanaście złotych (około 12 zł o ile dobrze pamiętam). Mój jest w białej tubce (to podobno szata graficzna dla Biedronki), a normalnie występuje w wersji czarnej, ale to ten sam produkt (upewniłam się na fan page’u Bell).Created with Nokia Refocus
  4. L’oreal False Lash Architect 4D Black Lacquer
    Kolejny produkt, który trafił w moje ręce przypadkiem- sprezentowała mi go siostra, ponieważ jej ewidentnie nie podszedł, a ja jestem z niego bardzo zadowolona. Tusz teoretycznie jest wydłużający, ale jak on pięknie pogrubia moje rzęsy!!! 🙂 Uwielbiam go! Szczoteczka jest bardzo wygodna, szersza u nasady i zwężająca się ku końcowi, dzięki czemu żadne włoski nie zostaną pominięte. Właściwie wystarczy już jedna warstwa dla uzyskania fajnego efektu. Jest mega czarny, ładnie pogrubia i wydłuża (mam długie, ale cienkie i jasne rzęsy, więc w praktyce niewidoczne bez mascary), nie osypuje się i nie kruszy. Czego chcieć więcej? 🙂 No chyba tylko recenzji 🙂Created with Nokia RefocusNo i to chyba tyle ode mnie. Każdy z tych produktów świetnie się u mnie sprawdza i myślę, że zagoszczą na dłużej. Pomimo tego, że kupuję ciągle jakieś kosmetyki, które albo są nowe na rynku albo nowe dla mnie, to jednak warto mieć grupę pewniaków w zanadrzu 🙂
    Jeśli miałyście okazję używać któregoś z tych produktów zachęcam do podzielenia się swoimi wrażeniami w komentarzu.

    I na koniec jeszcze mały news- Smarowidła mają już swój profil na Google+, jeżeli macie też tam swoje konta, dajcie znać, chętnie dodam je do obserwowanych, aby być na bieżąco z wpisami na Waszych blogach. Niestety FB średnio się u mnie sprawdza, bo używam go prywatnie, a wszystkie moje kosmetyczne zajawki i ulubione strony mam dodane na profilu Smarowideł 😉 Ale jak kombinuję za dużo, to tak potem jest 🙂

    ZAPRASZAM:

    Smarowidła na Google+
    Smarowidła na Facebook

L’oreal Lumi Magique korektor rozświetlający

Dzisiaj chciałam Wam przedstawić leciutki korektor rozświetlający z firmy L’oreal. W tej chwili jestem w trakcie drugiego opakowania i chyba najwyższa pora coś o nim opowiedzieć.

Created with Nokia Refocus

Opis producenta

Korektor można nałożyć przed podkładem lub bazą – efekt będzie wówczas dyskretny. Nakładając korektor na podkład wykorzystamy w pełni rozświetlające moce tego produktu. Flamaster z pędzelkiem jest bardzo wygodny w użyciu, co ułatwia precyzyjną aplikację. Produkt nakłada się punktowo lub kreską, a następnie należy go wklepać delikatnie opuszkiem palca, aby produkt idealnie stopił się ze skórą. Efekt: świeża i nieskazitelna skóra; niedoskonałości zamaskowane; okolice oczu wygładzone i rozświetlone.
Występuje w trzech różnych odcieniach: 1-Light, 2-Medium i 3- Dark

Zawiera aktywny Płyn Andersena. Ten cenny i rzadki składnik maksymalizuje rozświetlenie skóry, napełniając ja czystym światłem. Skóra promienieje niczym rozświetlona od wewnątrz.

Opakowanie

Jak widać na zdjęciu jest to typowy „wykręcany” korektor w pędzelku, schowany w bardzo ładnym eleganckim złotym opakowaniu- nie sposób go przeoczyć na sklepowej półce czy w kosmetyczce 🙂 Jego pojemność to 5 ml.

Created with Nokia Refocus

Zapach i konsystencja

Nie wyczuwam żadnego zapachu podczas aplikowania produktu, to na pewno u mnie plusuje, ponieważ nie lubię zapachowych produktów, których używam w okolicach oczu. Jeśli chodzi zaś o konsystencję, to jest bardzo lekka, wręcz odrobinę lejąca. Korektor łatwo się aplikuje i równie łatwo wklepuje w skórę, ładnie się stapia ze skórą czy podkładem. Ja wybrałam odcień 2- medium, który idealnie do mnie pasuje, zarówno wtedy gdy jestem trochę opalona, jak i wtedy, gdy jestem bledziuchem jak zwykle 😉

Działanie

Produkt doskonale spełnia swoje zadanie, jest lekki, idealny pod oczy, pięknie rozświetla również pozostałe części twarzy (ja używam go na przykład na szczyt nosa czy środek czoła). Należy pamiętać, że nie jest to mocny, kryjący korektor, więc nie poradzi sobie samodzielnie z mocnymi cieniami pod oczami. A ponieważ jestem posiadaczką takich, to w pierwszej kolejności nakładam różowy korektor z paletki do zadań specjalnych Bell, następnie aplikuję Lumi Magique, a na koniec utrwalam całość sypkim pudrem. Szczególnie teraz, jesienią, doceniam jego działanie, gdy skórze może czasem brakować blasku. Lumi Magique bardzo ładnie wykańcza mój makijaż subtelnym rozświetleniem. Dodatkowo jego aplikacja jest bardzo wygodna, a po kilku użyciach można już spokojnie wyczuć ile produktu „wykręcić”, aby idealnie wystarczył i nic się nie marnowało. Polubiłam ten korektor ponieważ oprócz cech, które wymieniłam wyżej nie przesusza, ani nie podrażnia delikatnej skóry pod oczami i nie ma nieprzyjemnego, jakby pudrowego wykończenia. Nie zbiera się również w załamaniach i drobnych zmarszczkach, po prostu idealnie stapia się ze skórą. Na zdjęciu poniżej możecie zobaczyć efekt końcowy, zapomniałam zrobić zdjęcie przed, ale już widziałyście jak wyglądają moje cienie pod oczami 🙂

WP_20150831_002

Cena

Kupuję ten korektor zawsze na cocolita.pl i jego cena w tej drogerii internetowej to 24,90 zł. Natomiast dla porównania w Rossmannie jego cena regularna to 47,59 zł, a obecnie jest dostępny w promocji za 35,99 zł, także pozostawię ceny w Rossmannie bez komentarza.

Reasumując

Produkt warty zakupu, obecnie mój numer jeden i myślę, że zostanie ze mną na stałe. Długo szukałam korektora, który byłby lekki i ładnie rozświetlał te partie twarzy, które tego potrzebują i przede wszystkim sprawdzałby się pod oczami. Co prawda samodzielnie nie da sobie rady z mocnymi cieniami pod oczami, ale w duecie z korektorem kryjącym sprawdza się doskonale. Gorąco go Wam polecam.

 

 

Lancôme Visionnaire Nuit

Wspominałam Wam jakieś 2 miesiące temu na profilu Facebookowym Smarowideł, o tym, że dostałam w Douglasie próbki nowych kremów Lancôme i krótko mówiąc krem na noc zrobił szał po jednym użyciu! Zakochałam się w tym co zrobił z moją skórą po jednej nocy. Od tamtej pory postanowiłam odkładać na niego fundusze, bo wiedziałam, że muszę go mieć. Los sprawił, że mam cudownego męża, który zna mnie jak własną kieszeń i wiedział, że w praktyce nigdy go sobie sama nie kupię, bo zawsze znajdą się ważniejsze wydatki, a ewentualne odłożone pieniądze  wydam na coś praktycznego, a nie zachciankę. I tym sposobem na trzydzieste urodziny urodziny dostałam  od Niego krem na noc Lancôme Visionnaire Nuit, o którym bardzo chcę Wam dzisiaj opowiedzieć.

WP_20151004_002

 

Muszę przyznać, że pierwszy raz nie wiem od czego zacząć recenzję, więc chyba jednak będę się trzymać mojego sprawdzonego porządku 🙂

Opis producenta

Pierwsza pielęgnacja regenerująca na noc od Lancôme o innowacyjnej konsystencji żelu w olejku, która redukuje oznaki zmęczenia, delikatnie otulając skórę. Innowacyjna formuła zawierająca mikro kropelki olejku, zawieszone w odświeżającym i nawilżającym żelu, która topnieje pod palcami i pozostawia na skórze delikatne wykończenie, zapewniając długotrwałe uczucie komfortu.

Widoczne rezultaty:
Już od pierwszego poranka: skóra jest bardziej miękka w dotyku i wygląda na odżywioną.
Po czterech tygodniach: promienna i sprężysta cera.

Korzyści:
Gładkość, elastyczność i blask

Dziewczyny! To wszystko prawda! 🙂

Opakowanie

Produkt jest pięknie zapakowany w solidny, dosyć ciężki szklany słoiczek o pojemności 50 ml, w intensywnym granatowym kolorze. Na opakowaniu znajduje się minimum informacji umieszczonych białą, nienachalną czcionką. Do kremu dołączona jest szpatułka w tym samym kolorze, która umożliwia wygodne i higieniczne nabranie kremu z pojemniczka. Dodatkowo znajdziemy tam również ulotkę ze szczegółowym opisem produktu w kilku językach. Całość zapakowana jest oczywiście w kartonik i zafoliowana. Opakowanie bardzo mi się podoba, jest eleganckie i minimalistyczne, a ponadto jest dosyć ciężkie i solidne, za co ogromny plus, bo wręcz nie znoszę lekkich opakowań, które kojarzą mi się z bardzo niską trwałością i odpornością (być może tak nie jest, a jest to tylko jakieś tam moje wariactwo).

Created with Nokia Refocus

 

Zapach i konsystencja

Dokładnie tak jak napisał producent „żel w olejku”- ciężko tą jego konsystencję opisać jakoś jednoznacznie. Krem faktycznie sprawia wrażenie żelu lub lekkiej galaretki (być może będzie to widoczne na zdjęciu poniżej), ale już po zetknięciu ze skórą zaczyna się „roztapiać” niczym olejek. Jest bardzo jedwabisty, aksamitny, aplikowanie go to czysta przyjemność, konsystencja jest niesamowicie lekka, a jednocześnie jest to bardzo treściwy produkt. Do tego dochodzi niesamowity zapach, który jest dla mnie bardzo relaksujący i towarzyszy mi prawie do samego rana, jednak nie jest przy tym męczący czy drażniący. Wiem, że jest to kwestia subiektywna i komuś może to nie odpowiadać, ale  ja jestem wielką fanką zapachów Lancome’a (wspominałam o tym w recenzji mojego ukochanego podkładu). Szczerze mówiąc jeśli istnieją perfumy o zapachu tego kremu, bardzo chętnie weszłabym w ich posiadanie – wiem, maniactwo 🙂

Created with Nokia Refocus

Created with Nokia Refocus

Działanie

To co za chwilę napiszę można ująć w jednym prostym skrócie „och! ach!” 😉
Z racji tego, że nie sypiam tak dużo jakbym chciała i jakby potrzebował mój organizm, siłą rzeczy wygląd mojej cery rano nie pozostawia żadnych złudzeń. Visionnaire Nuit zmienił sytuację już po pierwszym użyciu, dalej wydaje mi się to niewiarygodne, ale po przebudzeniu (podkreślam – po jednym użyciu) moja skóra była miękka, jedwabista, gładka i przede wszystkim widocznie odżywiona, a nie taka szara i niewyspana jak zazwyczaj. Krem stosuję już blisko dwa miesiące codziennie i systematycznie i z każdym dniem moja cera wygląda znacznie lepiej. Doszło do tego, że zdarza mi się wyjść z domu bez podkładu (kto mnie zna ten wie, że to się raczej nie zdarzało). Visionnaire Nuit świetnie nawilża i odżywia moją skórę, uspokaja ją (nie zauważyłam żadnych nowych „niespodzianek” od kiedy go używam), subtelnie ujednolica jej koloryt i sprawia, że skóra wydaje się być bardziej wypoczęta. Oczywiście krem nie zastąpi odpowiedniej ilości snu, ale ten znacznie wspomaga jej nocną regenerację. Dodatkowo zauważyłam, że zaczerwienienia, które u mnie występują na nosie i w jego pobliżu na policzkach są znacznie mniej intensywne.
Krem pozostawia na skórze delikatne wykończenie j jakby otula ją, zapewniając jednocześnie bardzo długotrwałe odżywienie.

Cena

Tym sposobem doszłam do tego smutnego elementu wpisu, czyli ceny kremu. Jego kosz to około 379 zł za 50 ml. Dużo? Ano dużo niestety, ale na jego obronę powiem, że jest niesamowicie wydajny (ja w tej chwili nie wiem czy już dotarłam do połowy opakowania (po dwóch miesiącach codziennego stosowania) i w moim przypadku jest to trochę inwestycja w siebie, bo widzę, że Lancôme Visionnaire Nuit u mnie zdziałał cuda.

Reasumując

Doskonałość zamknięta w przepięknym opakowaniu. Czy kupię go ponownie? Nie wiem czy od razu jak mi sie skończy będzie mnie na niego stać, ale na pewno będę odkładać, aby znów mógł znaleźć się na mojej półce. Dla mnie to produkt doskonały. Jeżeli będziecie miały okazję wypróbować go, to gorąco do tego zachęcam. Cera jest dosłownie nie do poznania: cudownie odżywiona, nawilżona, zregenerowana 🙂

Na koniec jeszcze pozwolę sobie wkleić fragment reklamy, którą w jakiejś gazecie znalazłam, myślę, że trochę przybliży fenomen tego produktu:

WP_20151121_002 WP_20151121_003

 

Evree Deep Moisture- głęboko nawilżający balsam do ciała

Zrobiło się chłodno, w domach i biurach coraz częściej korzystamy z dobrodziejstw centralnego ogrzewania, więc postanowiłam Wam przypomnieć o nawilżaniu skóry. Oczywiście mam nadzieję, że pamiętacie o tym ważnym etapie w pielęgnacji nie tylko zimą 🙂

Balsam, który chcę Wam dzisiaj przybliżyć nie jest nowością ani w drogeriach ani w mojej łazience (już co najmniej 5 opakowań za mną i moimi domownikami), ale uznałam, że warto się nim podzielić z innymi, bo jest to na prawdę bardzo dobry produkt.

Mowa o głęboko nawilżającym balsamie do ciała z Evree.

WP_20151027_001

Opis producenta

Emolienty roślinne zawarte w balsamie przywracają prawidłowe funkcje skóry. W połączeniu z bogactwem składników aktywnych wspierają naturalne zdolności regeneracyjne naskórka.

Skoncentrowana formuła – dobrze się wchłania.
SKŁADNIKI AKTYWNE:

  • olejek canola
  • Hydromanil ™
  • urea
  • masło shea

DZIAŁANIE:

  • zapewnia długotrwałe i natychmiastowe nawilżenie
  • tworzy film okluzyjny chroniąc przed utratą wody z naskórka
  • przywraca sprężystość i elastyczność
  • odżywia i wygładza

I tym razem nie mam nic do dodania do opisu producenta 🙂

 

Opakowanie

Opakowanie nie różni się zbytnio od tego typu produktów, wykonane jest z niezbyt twardego tworzywa. Całe w kolorze niebieskim, czyli spójnie z pozostałymi produktami z serii, za co ode mnie duży plus. Bardzo łatwo odnajduję wszystkie interesujące mnie produkty, ponieważ chociaż design jest bardzo prosty, to jednak całość bardzo charakterystyczna. Opakowanie jest miękkie, nie ma problemu z wydobyciem produktu, a pod sam koniec i tak już tradycyjnie je przecinam. Zamykanie na zatrzask, na nieco wątłych zawiasach, które u mnie najczęściej się urywają, ale kompletnie mi to nie przeszkadza, gdy pomyślę o wszystkich zaletach tego balsamu. Pojemność to 400 ml.

Zapach i konsystencja

Pierwsza informacja, o której muszę wspomnieć i którą również producent umieścił na opakowaniu to niezwykle wydajna formuła (jest to zresztą cecha chyba wszystkich produktów Evree), jeżeli miałabym to jakoś zobrazować, to powiedziałabym tak: ilość balsamu wielkości orzeszka laskowego wystarcza mi na całą nogę (łydka i udo). Produkt ma lekką konsystencję (ale nie lejącą), doskonale się rozprowadza, szybko się wchłania i nie zostawia żadnego nieprzyjemnego filmu na skórze. Zapach jest przecudowny, uwielbiam go, ale wiadomo, jest to bardzo indywidualna sprawa.

Działanie

Słuchajcie dziewczyny, ten balsam nie ma wad! 🙂 Wiem, odważna teza, ale zużywam już w tej chwili chyba 5 opakowanie i serio nie ma się do czego przyczepić. Jak wspomniałam wyżej, produkt ma niesamowicie wydajną formułę, lekką konsystencję, nie pozostawia na skórze żadnej nieprzyjemnej warstwy, dzięki czemu właściwie od razu po aplikacji możemy się ubrać. A z rzeczy bardziej istotnych, na pewno należy zwrócić uwagę na skład produktu, w którym nie znajdziemy parabenów, barwników czy olejów mineralnych, a w zamian za to między innymi mocznik czy masło shea. Balsam skutecznie i długotrwale nawilża, zmiękcza i uelastycznia skórę. Nawet jeśli czasem zapomnę lub najzwyczajniej w świecie nie chce mi się smarować, moja skóra utrzymuje odpowiedni poziom nawilżenia. Znowu odnośnikiem będą moje łydki, które jako jedyna część ciała zazwyczaj najbardziej się przesusza. Balsam świetnie się sprawdza również po depilacji, nie podrażnia ani nie powoduje pieczenia czy swędzenia. Dodatkowo ogromnym plusem jest również to jak reaguje atopowa skóra naszego małoletniego współlokatora- jest absolutnie uspokojona, nawilżona i nie ma konieczności stosowania żadnych leków.Balsam Evree jest głównym produktem pielęgnacyjnym dzieciaka z atopowym zapaleniem skóry- to chyba świadczy samo za siebie. Używaja go wszyscy domownicy, a ja powiem szczerze, że chyba tylko twarzy nim nie smaruję 🙂 Sprawdza się super również do stóp czy do rąk i ukoił w wakacje moją poparzoną górskim słońcem skórę. No po prostu ideał i bardzo gorąco Wam go polecam, nawet jeśli macie wrażliwą skórę, skłonną do podrażnień czy nawet AZS.

Cena

Najczęściej kupuję go w Rossmannie i jego cena regularna to 19,99 zł, ale czasem kosztuje 16,99 zł lub 10, 99 zł. Myślę, że jest wart nawet ceny regularnej, bo nie dość, że doskonały to jeszcze wydajny.

Reasumując

To miłość od pierwszego użycia, idealny pod każdym względem, kupuję go regularnie i kupować będę, jest stałym bywalcem na naszej łazienkowej półce 🙂

P.S. Balsam tworzy całkiem zgrany duet z kremem do rąk z tej samej serii, który na pewno znajdzie się w ulubieńcach listopada 🙂

WP_20151006_004

 

Ecocera puder ryżowy fixer

Bardzo chciałam Wam na początek, po długiej przerwie, opowiedzieć o produkcie, który obecnie najbardziej mnie uszczęśliwia, ale doszłam do wniosku, że może lepiej zacznę od kosmetyku, który jest w bardzo kuszącej cenie i być może wiele z Was ma ochotę się skusić na niego. A nie jestem pewna czy warto, przynajmniej jeśli jest się posiadaczką cery tłustej. Dlatego zaczynamy od ryżowego pudru sypkiego marki Ecocera.

 

WP_20151004_004

 

Przyznam szczerze, że nie znam tej firmy, nigdy nie miałam żadnego ich produktu, więc ten zakup to dla mnie nowość absolutna. Nie udało mi się też znaleźć zbyt wielu informacji na jego temat w internecie. Muszę przyznać, że mam ambiwalentne odczucia co do tego pudru i postaram się wyjaśnić dlaczego tak jest.

Opis producenta

Ecocera Matujący puder ryżowy polecany jest szczególnie dla cery mieszanej, tłustej, ze skłonnością do trądziku ze względu na jego właściwości łagodzące. Ecocera Matujący puder ryżowy ma długotrwałe działanie matujące, pochłania nadmiar sebum. Nie zawiera talku oraz parabenów, jest hypoalergiczny. Nie zapycha porów, nie obciąża skóry, daje bardzo naturalny efekt wykończenia makijażu. Ecocera Matujący puder ryżowy ma sypką, bardzo lekką konsystencję. Po nałożeniu na twarz daje uczucie aksamitnej gładkości, nadaje zdrowy i piękny wygląd cerze przez wiele godzin. Biały kolor pudru po aplikacji staje się całkowicie transparentny, stapia się z kolorytem cery.

 

Skład

Dimethylimidazolidinone, Rice Starch, Magnesium Stearate, Phenoxyethanol , Parfum Ethylhexylglycerin

Opakowanie

Puder otrzymujemy w pojemniczku z tworzywa o pojemności 15 g. Opakowanie jest białe i wyłącznie na wieczku znajduje się zielone logo marki. Wszystkie informacje o kosmetyku umieszczone są natomiast na zewnętrznym, kartonowym pudełku. Do pudru dołączona jest gąbeczka, jednak jest ona zupełnie płaska i dosyć sztywna i szczerze mówiąc, nie wiem do czego można jej użyć, ja zostawiłam ją tylko dlatego, żeby zminimalizować rozsypywanie się produktu. Opakowanie nie jest zakręcane w tradycyjny sposób, tylko na zasadzie takich wypustek na zakrętce i opakowaniu, które blokują dalszy obrót wieczka (nie wiem czy to jest zrozumiałe, więc być może uda się Wam to zobaczyć na zdjęciu poniżej).

WP_20151012_006

 

Niestety, ten pozornie drobny szczegół sprawia, że nie należy zabierać tego kosmetyku w podróż bez woreczka. Raz popełniłam błąd i zabrałam go ze sobą do kosmetyczki, którą noszę w torebce i niestety po odkręceniu posypało sie na mnie sporo pudru. Dużym minusem jest brak możliwości zamknięcia dziurek, przez które dozujemy puder. U mnie ten produkt siedzi sobie spokojnie w jednej pozycji w szufladce toaletki i wiem, że nie zabiorę go już na żaden wyjazd, bo wszystko będzie w pudrze. To jest ogromny mankament tego niedopracowanego opakowania.

 

Zapach i konsystencja

Puder, jak już wspomniałam jest produktem sypkim, raczej drobno zmielonym, jest bezzapachowy,nie podrażnia, więc możemy go stosować również w okolicach oczu (do utrwalenia korektora). Produkt ma biały kolor, ale jest zupełnie transparentny na skórze.

 

Działanie

Musze przyznać, że przeprowadziłam solidne testy, bo chciałam mu dać szansę, właściwie kilka szans, chciałam, żeby okazał się super. Używałam go na  kremie BB Bell , podkładzie Lancome i  na moim pewniaku czyli podkładzie Revlon Colorstay, którego jeszcze nie recenzowałam na blogu, ale który nigdy mnie nie zawiódł i wiele produktów dobrze z nim „współpracuje”. Dodatkowo używałam go oczywiście do gruntowania korektora pod oczami i w tym przypadku był to korektor Loreal Lumi Magique oraz korektor Bell z paletki do zadań specjalnych. Oczywiście, aby poznać dogłębnie ten produkt, do jego aplikacji stosowałam też różne pędzle- od małego Hakuro H22 , przez flattopa, po tradycyjny, duży pędzel do pudru.

Zacznę od pozytywnej strony – ten puder ryżowy znakomicie utrwala korektor pod oczami na cały dzień. Nie zbiera się w załamaniach, trzyma korektor w jednym miejscu, nie podkreśla żadnych nierówności czy zmarszczek i zapewnia długotrwały mat nawet na górnej powiece.

Jeśli zaś chodzi o to jak puder zachowuje się na całej twarzy, to niestety nie mam rewelacyjnych wieści. Pomimo tego, że aplikacja jest bardzo przyjemna, produkt rozprowadza się gładko, jedwabiście i daje nam piękny mat, bez efektu maski, nie jest to rezultat długotrwały. Zaznaczam, że mam bardzo tłustą cerę i najczęściej zaczynam się błyszczeć czasem już 2-3 godziny po wykonaniu makijażu. W tym przypadku pierwsze delikatne błyszczenie na czole pojawiło się już po godzinie (!), po dwóch godzinach błyszczenie było bardziej widoczne i mogę je porównać do błyszczenia po 6 – 8 godzinach z użyciem pudru z Manhattanu, o którym pisałam w ulubieńcach marca. Po dokładnie 3,5 godz. moja twarz wołała o pomstę do nieba, bibułkę matującą, puder, cokolwiek… głównie w strefie T, ale również policzki prezentowały się nieciekawie. Niestety zauważyłam jeszcze jeden bonus, puder w połączeniu z sebum wydzielanym przez skórę sprawił, że po czasie ponad 3 godzin na mojej twarzy mogłam obejrzeć dokładnie każdy jeden por skóry, za to ogromny minus- skóra wyglądała tragicznie.

Cena

W tym temacie powiem krótko 14,90 zł za 15 g produktu- brzmi kusząco prawda?

Reasumując

Żałuję, że ten produkt nie do końca się u mnie sprawdził. Właściwie dał radę tylko z gruntowaniem korektora pod oczami i takie też będzie jego dalsze przeznaczenie u mnie. Jest to produkt dobry i jestem pewna, że jest w stanie zapewnić całkiem zadowalający albo wręcz mocny, solidny mat, ale raczej u osoby, która ma cerę normalną lub suchą. Na mojej cerze tłustej kompletnie nie dał rady, a szkoda, bo przecież producent sugeruje, że właśnie dla cery tłustej i mieszanej jest dedykowany ten puder. Odrobinę się zawiodłam, bo miałam wysokie oczekiwania wobec tego kosmetyku, ale staram się spojrzeć na to z pozytywnej strony: kupiłam za niecałe 15 zł bardzo duży zapas sypkiego pudru pod oczy 🙂 A jeśli chodzi o pudrowanie twarzy zostaję przy Manhattanie.

Jeśli znacie ten produkt, zachęcam Was do podzielenia się opinią, ponieważ, tak jak wspomniałam na początku wpisu, niewiele informacji na jego temat można znaleźć w internecie. Szczególnie było by fajnie zapoznać się z opinią posiadaczki cery normalnej lub suchej.

 

Jak zawsze zachęcam do pozostawienia swojej opinii w komentarzu pod wpisem lub na profilu smarowideł na Facebooku.   Pozdrawiam Was bardzo serdecznie 🙂

 

P.S. U Was też dzisiaj cały dzień sypie śnieg?

 

Długa przerwa, a przed nami…

Tak, znowu długo mnie nie było, ale żyję, a w głowie już przygotowane mam kolejne wpisy.
Nie przedłużając, w najbliższym czasie planuję opowiedzieć Wam o nowościach w mojej kosmetyczce, będą to między innymi:

Lancôme Visionnaire Nuit – mój wymarzony krem na noc, który dostałam na 30 urodziny od mojego wspaniałego męża. Nie mogę się doczekać kiedy Wam o nim opowiem- o kremie rzecz jasna 😉

WP_20151004_002

Ecocera Puder ryżowy

WP_20151004_004

Nivea, Kokosowe masełko do ust

WP_20151006_002

Loreal, kredka do brwi Brow Stylist Designer

WP_20151004_006

Evree, Balsam do ciała i krem do rąk- oba z serii głęboko nawilżającej do skóry bardzo suchej

WP_20151006_004

 

Nie wiem od którego produktu zacząć, więc jeśli macie na recenzję któregoś z nich ochotę w pierwszej kolejności dajcie mi znać w komentarzu do tego wpisu lub na Facebooku 🙂 Pozdrawiam Was bardzo serdecznie i do przeczytania.

Catrice czy Bell? Porównanie paletek korektorów

Jakiś czas temu pisałam Wam, że przygotowuję test dwóch bardzo podobnych paletek korektorów- Catrice Allround Concealer oraz Bell Hypoallergenic Skin Camouflage – i dzisiaj jestem gotowa, żeby przybliżyć Wam te dwa produkty.

WP_20150730_002WP_20150730_001

Zacznijmy od kilku faktów, które rzucają się od razu w oczy- przede wszystkim opakowanie, pojemność, pigmentacja, konsystencja i cena. Zatem przejdźmy od razu do rzeczy:

Paletkę z Catrice otrzymujemy w prostokątnym opakowaniu z przezroczystego plastiku, o pojemności 6 g, a do dyspozycji mamy pięć mocno napigmentowanych korektorów o bardzo kremowej i gęstej konsystencji. Taki zestaw kupiłam w drogerii internetowej za 14,90 zł.

Bell natomiast oferuje nam okrągłą paletkę z czarnego, błyszczącego plastiku o pojemności 12 g. W środku znajdziemy cztery korektory o znacznie słabszej pigmentacji w pastelowej kolorystyce i również kremowej, ale bardziej zwartej konsystencji. Produkt kupiłam w Rossmannie za 19,99 zł.

Jeśli chodzi o aspekty wizualne, to opakowania obu produktów trafiają w mój gust, są estetyczne i proste, niestety niezbyt trwałe. Obie paletki zaliczyły już upadek na płytki w łazience i z obu odpadły kawałki plastiku. Jedyne czego mi brakuje to lusterko, ale z tym udogodnieniem wiązała by się również wyższa cena.

Jeżeli chodzi o kolory, które mamy do dyspozycji w obu paletkach to:

– zielony służy do maskowania zaczerwnienień
– czerwony (w przypadku Bell nazwałabym go łososiowym) służy do maskowania cieni pod oczami w odcieniu niebieskim/fioletowym
– beżowy (w różnych stopniach jasności) służy do maskowania niedoskonałości skóry

Tak jak wspomniałam na początku różnica w pigmentacji obu produktów jest wręcz kolosalna, co spróbuję przedstawić na zdjęciach poniżej. Zdjęcie po lewej wykonane w świetle łazienkowym, zdjęcie po prawej wykonane w świetle dziennym. Na górze dłoni przedstawiam kolorystykę paletki Catrice, a na dole Bell.

WP_20150819_008
WP_20150819_009

 

 

 

 

 

 

 

Korektory z Catrice są tak mocno napigmentowane, że czerwony z powodzeniem mógłby udawać pomadkę do ust- szczerze mówiąc niezbyt przypadło mi to do gustu, ponieważ maskowanie cieni pod oczami własnie tym korektorem wymaga potem nałożenia jasnego beżu lub zmieszania tych dwóch odcieni. Niestety uważam to za minus, ponieważ skóra pod oczami jest na tyle cienka i delikatna, że ostatnia rzecz, której jej trzeba to dwie warstwy, co by nie mówić, ale jednak ciężkiego produktu. Podobnie rzecz się ma z kolorem zielonym, który jest tak mocno zielony, że trzeba naprawdę bardzo się postarać, aby po zakamuflowaniu zaczerwienienia zakryć zielony placek na skórze. Dodatkowo szykuje się kolejny minus dla paletki Catrice- najciemniejszy odcień beżu jest niemalże brązowy- niestety nie widzę dla niego zastosowania w naszym klimacie- jest to ewidentnie korektor dla osoby o ciemnej skórze lub takiej, która mocno przesadziła z opalaniem. Jak dla mnie jest on zupełnie zbędny i traktuję ta paletkę, tak jakbym miała do dyspozycji 4 korektory.

Jeśli zaś chodzi o pigmentację paletki korektorów z Bell, to jest ona znacznie łagodniejsza i bardziej pastelowa. Zdjęcia nie do końca oddają jej rzeczywistą kolorystykę, zwłaszcza kolor zielony wygląda odrobinę turkusowo, ale w rzeczywistości wyglądają dobrze. Dużą zaletą tej paletki jest odcień różowy/łososiowy- nie dość, że dzięki czerwonym pigmentom jestem w stanie kompletnie zamaskować moje cienie pod oczami to nie muszę, tak jak w przypadku Catrice, nakładać w to miejsce beżowego korektora. Zazwyczaj przed zagruntowaniem korektora pudrem, nakładam odrobinę lekkiego korektora rozświetlającego, ale to bardziej mój kaprys niż konieczność, ponieważ różowy korektor z Bell poza kamuflażem, zapewnia też całkiem ładne rozświetlenie. Za to duży plus.

Na zdjęciach poniżej zobaczycie jak wyglądały okolice moich oczu przed nałożeniem korektorów (zdjęcie po lewej) i po (zdjęcie po prawej). Przed aplikacją nałożyłam na całą twarz lekki krem BB Bell Hypoallergenic (również pod oczami i na powieki), a zaaplikowany kamuflaż utrwaliłam sypkim pudrem rozświetlającym HD z Inglota w odcieniu 43.  Brwi nieumalowane, podobnie jak rzęsy, ale nie chciałam, aby cokolwiek odwróciło uwagę od przedmiotu mojego testu 😉

Dodaj tytuł
Przed nałożeniem korektorów

 

WP_20150819_006
Po lewej korektor z Bell, po prawej Catrice

 

 

 

 

 

Jak widać cienie zostały zamaskowane, jednak efekty końcowe różnią się. Jestem bardziej zadowolona z kamuflażu, który wykonałam korektorem Bell, ponieważ oprócz ukrycia cieni uzyskałam również ładne rozświetlenie. Korektor z Catrice także poradził sobie z zamaskowaniem cieni, jednak zmuszona byłam nałożyć dodatkową warstwę beżowego korektora, aby ukryć prześwitującą upiorną czerwień no i niestety nie ma mowy o żadnym rozświetleniu.
W przypadku obu produktów, pomimo precyzyjnego zagruntowania pudrem sypkim, kosmetyk zbiera się w drobnych zmarszczkach i załamaniach- na pewno jest to wada, ale przy produkcie o takiej konsystencji, nie jest to duże zaskoczenie. Zresztą korektor zbierający się w załamaniach dosyć łatwo kontrolować i „ujarzmiać” w ciągu dnia, więc nie jest to jakiś wielki problem dla mnie. Oczywiście nadal widoczna jest tzw. „dolina łez”, ale z tym zazwyczaj radzę sobie w taki sposób, że nakładam na koniec korektor rozświetlający (najczęściej Lumi Magiquez Loreal) i kieruję się do dołu tworząc trójkąt którego wierzchołki stanowią wewnętrzny kącik oka, zewnętrzny kącik oka oraz płatek nosa. Nie da się oczywiście w ten sposób pozbyć tego zagłębienia, ale jest to przydatna optyczna sztuczka.

Jeśli chodzi zaś o odcień zielony, który służy do kamuflowania wszelkiego rodzaju czerwonych przebarwień zaprezentuję Wam jak poradziły sobie oba produkty na mojej bliźnie, którą „poznałyście” przy okazji recenzji kremu BB z Bell.

1 bez 2 catrice 3 bell
Od lewej widzimy bliznę bez użycia żadnego produktu, kolejno zielony i beżowy korektor z Catrice, a następnie Bell.
Jak widać czerwony kolor został skutecznie zniwelowany przez oba zielone korektory, w mojej opinii lepiej znowu poradził sobie Bell. Nie do końca udało mi się to uchwycić, ale na żywo efekt był bardziej zadowalający w drugim przypadku.

Jeśli chodzi o trwałość tych produktów, to jest ona bardzo podobna. W obu przypadkach produkt dobrze trzyma się w miejscu aplikacji, nie przesuwa się, ani ściera- to duży plus. Oczywiście należy pamiętać, aby zawsze utrwalić korektor nałożony pod oczami sypkim pudrem, a ewentualny nadmiar pudru usunąć puszystym pędzelkiem. Najłatwiej uzyskać trwały efekt delikatnie „wciskając” miękkim, puszystym pędzelkiem puder w miejsce, gdzie chcemy zagruntować nałożony wcześniej korektor. Do tego celu używam pędzla Hakuro H22. Natomiast do precyzyjnego nałożenia korektora używam pędzelka Hakuro H60 (zawsze na koniec wklepuję go delikatnie palcem).

Reasumując, gdybym miała wybrać jedną z tych dwóch paletek zdecydowałabym się na Bell, głównie ze względu na odcienie, ale również fakt, że każdy z nich na pewno wykorzystam i żaden się nie zmarnuje. Dodatkowo plusem jest większa pojemność produktu i bardziej odpowiadająca moim potrzebom konsystencja- w obu przypadkach jest kremowa, jednak w przypadku Catrice mam wrażenie, że jest nieco tłusta i cięższa niż w przypadku Bell- być może się mylę, ale takie jest moje odczucie. Myślę, że paletkę z Catrice również wykorzystam i kiedyś ją zużyję, ale nie jest to zakup, który bym powtórzyła. W moim subiektywnym teście wygrywa Bell.

Jestem ciekawa Waszych odczuć i opinii dotyczących tych dwóch paletek? Jeśli miałyście okazję je wypróbować (bądź tylko jedną z nich) dajcie proszę znać w komentarzu. No i oczywiście jeśli możecie polecić jakąś inną paletkę/ zestaw korektorów do zadań specjalnych, chętnie wypróbuję nowości 🙂