Beauty Blender

Witam Was kochane w Nowym Roku!

Zrobiłam długą przerwę, ale przez przygotowania do Świąt i próbę pogodzenia ich z chodzeniem do pracy nie udało mi się znaleźć czasu na nic ponad to. Już po piętach depczą mi ulubieńcy grudnia i ulubieńcy ubiegłego roku, a dzisiaj chciałam Wam przedstawić Beauty Blender, który zapewne wyląduje w obu wpisach, o których wspomniałam 🙂

WP_20151228_002

Znowu okazało się, że mój ukochany słucha mnie uważnie, nawet, gdy opowiadam o rzeczach dla mnie interesujących, a dla niego już niekoniecznie 🙂 Pod choinką znalazłam mój wymarzony Beauty Blender i powiem Wam, że byłam zszokowana, że gdzieś tam zarejestrował, gdy o nim mówiłam, że bardzo chciałabym go mieć. Ale dziś nie o moim (przyszłym) mężu, ale o tej magicznej gąbeczce.

Jestem pewna, że nie muszę tego narzędzia jakoś szczególnie przedstawiać, bo na pewno o nim słyszałyście lub być może również go używacie. Zacznijmy jednak od początku: po co to? jak tego używać? jak to umyć?

Tutaj posłużę się opisem ze strony Sephora:

„Odkryj różową gąbkę, która podbiła Amerykę! Ten kultowy produkt o oryginalnym kształcie jajka gwarantuje równomierną aplikację makijażu cery.

Produkt Beauty Blender niezbędny do wykonania idealnego makijażu. Spróbujesz i już się z nią nie rozstaniesz.

Jak używać ?
Beautyblender®, stosowana przez wszystkich makijażystów, nasącza się i rozprowadza na skórze podkład, rozświetlacz lub korektor dając ultra naturalny efekt. Delikatny i komfortowy materiał sprawia, że gąbka dokładnie rozprowadza produkt na twarzy.
Wąska końcówka umożliwia wykonanie makijażu specyficznych stref twarzy, takich jak kontur oka,usta czy skrzydełka nosa .
Jest idealna do konturowania i rzeźbienia twarzy”

Moje pierwsze wrażenia mogę opisać tylko w jeden sposób: WOW!!! 🙂
Beauty Blender przed użyciem należy zmoczyć, wówczas zwiększa on swoją objętość prawie dwukrotnie, co spróbowałam przedstawić na zdjęciach poniżej. Towarzyszą mu standardowej wielkości tusz to rzęs i puder, żeby pokazać jak niewielkich rozmiarów jest ta gąbeczka przed zmoczeniem:

WP_20151228_003

WP_20151228_004

Gdy Beauty Blender jest już zmoczony, a nadmiar wody odciśnięty wystarczy wycisnąć podkład na dłoń i można przystąpić do jego aplikacji. Przy pomocy tej gąbeczki używamy tylko ruchów stemplujących, nie rozcieramy nim produktu, nie próbujemy rozsmarować go. Aplikacja na mokro jest bardzo przyjemna, a efekt powalający.  Dolną częścią jajka stemplujemy podkład na policzkach, brodzie i nosie, a tej wąskiej, przypominającej stożek możemy użyć w trudno dostępnych miejscach twarzy, takich jak okolice pod oczami czy skrzydełka nosa.
Nie byłabym sobą, gdybym na na pierwszy strzał nie wzięła najtrudniejszego w aplikacji podkładu jaki posiadam, czyli Revlon Color Stay. Nigdy w życiu nie udało mi się zaaplikować tego produktu tak perfekcyjnie, bez żadnych smug czy plam. Za pomocą Beauty Blendera rozprowadziłam go równomiernie bardzo cienką warstwą, a tam gdzie to było konieczne dołożyłam kolejną, aby uzyskać mocniejsze krycie.
Beauty Blender jest niesamowicie miękki i elastyczny, a jego porowata struktura zapewnia na prawdę perfekcyjne rozprowadzenie każdego produktu. Poza Revlon Color Stay użyłam Beauty Blendera do aplikacji podkładu Lancome, Bell, Avon, różnych kremów BB, korektorów itd. Przy każdym z nich aplikacja to bajka. Próbowałam różnych tańszych „zamienników” Beauty Blendera, ale żaden nie jest nawet w połowie tak dobry. Większość jest twarda, zjada podkład w niemiłosiernych ilościach i tworzy nieestetyczne plamy i smugi. W przypadku Beauty Blendera nie ma o tym mowy. Jest niesamowicie miękki, zjada podkład, ale oddaje go w całości, dzięki niemu każdy podkład niezależnie od jakości idealnie stapia się z cerą. Reasumując jestem nim zachwycona 🙂
Poza tymi wszystkimi plusami, które wymieniłam, muszę wspomnieć o jeszcze jednym, bardzo istotnym: aplikacja każdego, podkreślam KAŻDEGO podkładu nie zajmuje mi dłużej niż minutę! 🙂 Jego cena to 69 zł i przy odpowiednim użytkowaniu powinien być zdatny do użycia przez 3 do 6 miesięcy. Moim zdaniem, po wypróbowaniu go, jest wart swojej ceny. Nie wiem dokładnie z jakiego tworzywa jest wykonany, ale daje niesamowite efekty. Nie uzyskacie ich pędzlem czy paluszkami lub zwykłą lateksową gąbeczką, po prostu nie ma takiej możliwości 😉
Jeśli chodzi o czyszczenie, to jest do niego dedykowany płyn, ale ja czyszczę go mieszaniną olejków, którymi usuwam makijaż, a na koniec mydełkiem antybakteryjnym lub delikatnym szamponem dla dzieci i też jest z nim wszystko ok. Fajne jest to, że dzięki temu, że używa się go na mokro wystarczy wyczyścić go tuż przed użyciem, zwłaszcza, że nie zajmuje to dużo czasu.

Tak jak wspomniałam wcześniej zakochałam się w Beauty Blenderze  i nie wyobrażam sobie już bez niego wykonywania codziennego makijażu 🙂 Bardzo gorąco Wam go polecam i jestem ciekawa Waszych opinii na jego temat.

L’oreal False Lash Architect 4D

Kilka dni temu w ulubieńcach listopada wspomniałam Wam krótko o tuszu do rzęs, z którym nie rozstawałam się w ubiegłym miesiącu. Dzisiaj chcę Wam go przedstawić trochę bardziej szczegółowo, mowa oczywiście o L’oreal False Lash Architect 4D Black Lacquer.

Created with Nokia Refocus

 

Opis producenta

False Lash Architect 4D Efekt sztucznych rzęs tusz ten sprawia, że rzęsy są perfekcyjnie rozdzielone, wydłużone, podkręcone i widocznie grubsze. Dzięki mocy modelujących włókien efekt sztucznych rzęs wkracza w czwarty wymiar. Doskonałe proporcje szczoteczki oraz jej ergonomiczny kształt ułatwiają precyzyjną aplikację mikrowłókien na całej długości rzęs, docierając nawet do najtrudniej dostępnych.

Opakowanie

Mascarę otrzymujemy w ciekawie wykonanym, geometrycznym, czarno-srebrnym opakowaniu. Pojemność raczej standardowa 10 ml. Co najważniejsze opakowanie po dłuższym stosowaniu nadal szczelnie się zakręca, więc tusz nie wysycha przedwcześnie. Na pewno na zwrócenie uwagi zasługuje szczoteczka, która wykonana jest z dosyć miękkiego włosia- nie bardzo lubię te silikonowe szczoteczki, ponieważ trochę mnie „dziubią” podczas malowania rzęs. Szczoteczka ma stożkowaty kształt i jest średnich rozmiarów, bardzo wygodnie można dotrzeć do rzęs w wewnętrznym kąciku oka, dzięki temu własnie, że szczoteczka się zwęża ku końcowi.

Created with Nokia Refocus

 

Zapach i konsystencja

Nie będę się tutaj specjalnie rozpisywać- tusz jak tusz 🙂 Nie ma szczególnego zapachu (ja przynajmniej nic nie wyczuwam) i nie jest zbyt lejący, ani zbyt gęsty. Bardzo wygodnie się go aplikuje, nie osypuje się w ciągu dnia i łatwo się zmywa płynem micelarnym.

Działanie

Moje rzęsy są długie, ale niestety od połowy długości są w bardzo jasnym blondzie, więc w praktyce są prawie niewidoczne, a dodatkowo są raczej rzadkie, co zresztą mogłyście zobaczyć przy którymś wpisie o korektorach. Krótko mówiąc mascara z L’oreal bardzo daje radę 🙂 Rzęsy są ładnie pogrubione i wydłużone już po jednej warstwie. Tusz ma na prawdę głęboki, czarny kolor, więc dodając drugą warstwę można wykonać mocniej podkreślić oczy np. na jakieś wieczorne wyjście. Na zdjęciu poniżej możecie zobaczyć jaki efekt daje tusz po jednej warstwie (zaznaczam jednak, że po pierwsze zrobienie dobrego zdjęcia graniczy u mnie z cudem, a po drugie rzęsy malowane już marną resztką, no i po trzecie na żywo efekt zdecydowanie ładniejszy, więc proszę o litość 😉

WP_20151129_001 (2)

WP_20151129_002 (2)

WP_20151129_003 (2)
Dla porównania dorzucam również zdjęcie bez mascary:

Dodaj tytuł

Cena

W Rossmannie cena tej mascary to 59,99 zł. Ja natomiast widziałam go w różnych drogeriach internetowych już od 29 zł, także zdecydowanie bardziej opłaca się go kupić online.

Reasumując

Na pewno kupię ten tusz ponownie, chciałam go kupić przy ostatnim uzupełnianiu zapasów, bo w moim niewiele zostało, ale niestety nie był dostępny w drogerii internetowej, w której robiłam zamówienie, więc kupiłam na razie inny tusz, który pewnie niedługo doczeka się swojej recenzji. L’oreal False Lash Architect 4D sprawdza się u mnie doskonale, świetnie pogrubia i wydłuża rzęsy, kompletnie nic się  z nim nie dzieje przez cały dzień, więc nie trzeba się obawiać efektu pandy, nie uczula, nie podrażnia, nie skleja rzęs. Jak dla mnie super i polecam Wam go z czystym sumieniem 🙂

 

 

 

L’oreal Lumi Magique korektor rozświetlający

Dzisiaj chciałam Wam przedstawić leciutki korektor rozświetlający z firmy L’oreal. W tej chwili jestem w trakcie drugiego opakowania i chyba najwyższa pora coś o nim opowiedzieć.

Created with Nokia Refocus

Opis producenta

Korektor można nałożyć przed podkładem lub bazą – efekt będzie wówczas dyskretny. Nakładając korektor na podkład wykorzystamy w pełni rozświetlające moce tego produktu. Flamaster z pędzelkiem jest bardzo wygodny w użyciu, co ułatwia precyzyjną aplikację. Produkt nakłada się punktowo lub kreską, a następnie należy go wklepać delikatnie opuszkiem palca, aby produkt idealnie stopił się ze skórą. Efekt: świeża i nieskazitelna skóra; niedoskonałości zamaskowane; okolice oczu wygładzone i rozświetlone.
Występuje w trzech różnych odcieniach: 1-Light, 2-Medium i 3- Dark

Zawiera aktywny Płyn Andersena. Ten cenny i rzadki składnik maksymalizuje rozświetlenie skóry, napełniając ja czystym światłem. Skóra promienieje niczym rozświetlona od wewnątrz.

Opakowanie

Jak widać na zdjęciu jest to typowy „wykręcany” korektor w pędzelku, schowany w bardzo ładnym eleganckim złotym opakowaniu- nie sposób go przeoczyć na sklepowej półce czy w kosmetyczce 🙂 Jego pojemność to 5 ml.

Created with Nokia Refocus

Zapach i konsystencja

Nie wyczuwam żadnego zapachu podczas aplikowania produktu, to na pewno u mnie plusuje, ponieważ nie lubię zapachowych produktów, których używam w okolicach oczu. Jeśli chodzi zaś o konsystencję, to jest bardzo lekka, wręcz odrobinę lejąca. Korektor łatwo się aplikuje i równie łatwo wklepuje w skórę, ładnie się stapia ze skórą czy podkładem. Ja wybrałam odcień 2- medium, który idealnie do mnie pasuje, zarówno wtedy gdy jestem trochę opalona, jak i wtedy, gdy jestem bledziuchem jak zwykle 😉

Działanie

Produkt doskonale spełnia swoje zadanie, jest lekki, idealny pod oczy, pięknie rozświetla również pozostałe części twarzy (ja używam go na przykład na szczyt nosa czy środek czoła). Należy pamiętać, że nie jest to mocny, kryjący korektor, więc nie poradzi sobie samodzielnie z mocnymi cieniami pod oczami. A ponieważ jestem posiadaczką takich, to w pierwszej kolejności nakładam różowy korektor z paletki do zadań specjalnych Bell, następnie aplikuję Lumi Magique, a na koniec utrwalam całość sypkim pudrem. Szczególnie teraz, jesienią, doceniam jego działanie, gdy skórze może czasem brakować blasku. Lumi Magique bardzo ładnie wykańcza mój makijaż subtelnym rozświetleniem. Dodatkowo jego aplikacja jest bardzo wygodna, a po kilku użyciach można już spokojnie wyczuć ile produktu „wykręcić”, aby idealnie wystarczył i nic się nie marnowało. Polubiłam ten korektor ponieważ oprócz cech, które wymieniłam wyżej nie przesusza, ani nie podrażnia delikatnej skóry pod oczami i nie ma nieprzyjemnego, jakby pudrowego wykończenia. Nie zbiera się również w załamaniach i drobnych zmarszczkach, po prostu idealnie stapia się ze skórą. Na zdjęciu poniżej możecie zobaczyć efekt końcowy, zapomniałam zrobić zdjęcie przed, ale już widziałyście jak wyglądają moje cienie pod oczami 🙂

WP_20150831_002

Cena

Kupuję ten korektor zawsze na cocolita.pl i jego cena w tej drogerii internetowej to 24,90 zł. Natomiast dla porównania w Rossmannie jego cena regularna to 47,59 zł, a obecnie jest dostępny w promocji za 35,99 zł, także pozostawię ceny w Rossmannie bez komentarza.

Reasumując

Produkt warty zakupu, obecnie mój numer jeden i myślę, że zostanie ze mną na stałe. Długo szukałam korektora, który byłby lekki i ładnie rozświetlał te partie twarzy, które tego potrzebują i przede wszystkim sprawdzałby się pod oczami. Co prawda samodzielnie nie da sobie rady z mocnymi cieniami pod oczami, ale w duecie z korektorem kryjącym sprawdza się doskonale. Gorąco go Wam polecam.

 

 

Ecocera puder ryżowy fixer

Bardzo chciałam Wam na początek, po długiej przerwie, opowiedzieć o produkcie, który obecnie najbardziej mnie uszczęśliwia, ale doszłam do wniosku, że może lepiej zacznę od kosmetyku, który jest w bardzo kuszącej cenie i być może wiele z Was ma ochotę się skusić na niego. A nie jestem pewna czy warto, przynajmniej jeśli jest się posiadaczką cery tłustej. Dlatego zaczynamy od ryżowego pudru sypkiego marki Ecocera.

 

WP_20151004_004

 

Przyznam szczerze, że nie znam tej firmy, nigdy nie miałam żadnego ich produktu, więc ten zakup to dla mnie nowość absolutna. Nie udało mi się też znaleźć zbyt wielu informacji na jego temat w internecie. Muszę przyznać, że mam ambiwalentne odczucia co do tego pudru i postaram się wyjaśnić dlaczego tak jest.

Opis producenta

Ecocera Matujący puder ryżowy polecany jest szczególnie dla cery mieszanej, tłustej, ze skłonnością do trądziku ze względu na jego właściwości łagodzące. Ecocera Matujący puder ryżowy ma długotrwałe działanie matujące, pochłania nadmiar sebum. Nie zawiera talku oraz parabenów, jest hypoalergiczny. Nie zapycha porów, nie obciąża skóry, daje bardzo naturalny efekt wykończenia makijażu. Ecocera Matujący puder ryżowy ma sypką, bardzo lekką konsystencję. Po nałożeniu na twarz daje uczucie aksamitnej gładkości, nadaje zdrowy i piękny wygląd cerze przez wiele godzin. Biały kolor pudru po aplikacji staje się całkowicie transparentny, stapia się z kolorytem cery.

 

Skład

Dimethylimidazolidinone, Rice Starch, Magnesium Stearate, Phenoxyethanol , Parfum Ethylhexylglycerin

Opakowanie

Puder otrzymujemy w pojemniczku z tworzywa o pojemności 15 g. Opakowanie jest białe i wyłącznie na wieczku znajduje się zielone logo marki. Wszystkie informacje o kosmetyku umieszczone są natomiast na zewnętrznym, kartonowym pudełku. Do pudru dołączona jest gąbeczka, jednak jest ona zupełnie płaska i dosyć sztywna i szczerze mówiąc, nie wiem do czego można jej użyć, ja zostawiłam ją tylko dlatego, żeby zminimalizować rozsypywanie się produktu. Opakowanie nie jest zakręcane w tradycyjny sposób, tylko na zasadzie takich wypustek na zakrętce i opakowaniu, które blokują dalszy obrót wieczka (nie wiem czy to jest zrozumiałe, więc być może uda się Wam to zobaczyć na zdjęciu poniżej).

WP_20151012_006

 

Niestety, ten pozornie drobny szczegół sprawia, że nie należy zabierać tego kosmetyku w podróż bez woreczka. Raz popełniłam błąd i zabrałam go ze sobą do kosmetyczki, którą noszę w torebce i niestety po odkręceniu posypało sie na mnie sporo pudru. Dużym minusem jest brak możliwości zamknięcia dziurek, przez które dozujemy puder. U mnie ten produkt siedzi sobie spokojnie w jednej pozycji w szufladce toaletki i wiem, że nie zabiorę go już na żaden wyjazd, bo wszystko będzie w pudrze. To jest ogromny mankament tego niedopracowanego opakowania.

 

Zapach i konsystencja

Puder, jak już wspomniałam jest produktem sypkim, raczej drobno zmielonym, jest bezzapachowy,nie podrażnia, więc możemy go stosować również w okolicach oczu (do utrwalenia korektora). Produkt ma biały kolor, ale jest zupełnie transparentny na skórze.

 

Działanie

Musze przyznać, że przeprowadziłam solidne testy, bo chciałam mu dać szansę, właściwie kilka szans, chciałam, żeby okazał się super. Używałam go na  kremie BB Bell , podkładzie Lancome i  na moim pewniaku czyli podkładzie Revlon Colorstay, którego jeszcze nie recenzowałam na blogu, ale który nigdy mnie nie zawiódł i wiele produktów dobrze z nim „współpracuje”. Dodatkowo używałam go oczywiście do gruntowania korektora pod oczami i w tym przypadku był to korektor Loreal Lumi Magique oraz korektor Bell z paletki do zadań specjalnych. Oczywiście, aby poznać dogłębnie ten produkt, do jego aplikacji stosowałam też różne pędzle- od małego Hakuro H22 , przez flattopa, po tradycyjny, duży pędzel do pudru.

Zacznę od pozytywnej strony – ten puder ryżowy znakomicie utrwala korektor pod oczami na cały dzień. Nie zbiera się w załamaniach, trzyma korektor w jednym miejscu, nie podkreśla żadnych nierówności czy zmarszczek i zapewnia długotrwały mat nawet na górnej powiece.

Jeśli zaś chodzi o to jak puder zachowuje się na całej twarzy, to niestety nie mam rewelacyjnych wieści. Pomimo tego, że aplikacja jest bardzo przyjemna, produkt rozprowadza się gładko, jedwabiście i daje nam piękny mat, bez efektu maski, nie jest to rezultat długotrwały. Zaznaczam, że mam bardzo tłustą cerę i najczęściej zaczynam się błyszczeć czasem już 2-3 godziny po wykonaniu makijażu. W tym przypadku pierwsze delikatne błyszczenie na czole pojawiło się już po godzinie (!), po dwóch godzinach błyszczenie było bardziej widoczne i mogę je porównać do błyszczenia po 6 – 8 godzinach z użyciem pudru z Manhattanu, o którym pisałam w ulubieńcach marca. Po dokładnie 3,5 godz. moja twarz wołała o pomstę do nieba, bibułkę matującą, puder, cokolwiek… głównie w strefie T, ale również policzki prezentowały się nieciekawie. Niestety zauważyłam jeszcze jeden bonus, puder w połączeniu z sebum wydzielanym przez skórę sprawił, że po czasie ponad 3 godzin na mojej twarzy mogłam obejrzeć dokładnie każdy jeden por skóry, za to ogromny minus- skóra wyglądała tragicznie.

Cena

W tym temacie powiem krótko 14,90 zł za 15 g produktu- brzmi kusząco prawda?

Reasumując

Żałuję, że ten produkt nie do końca się u mnie sprawdził. Właściwie dał radę tylko z gruntowaniem korektora pod oczami i takie też będzie jego dalsze przeznaczenie u mnie. Jest to produkt dobry i jestem pewna, że jest w stanie zapewnić całkiem zadowalający albo wręcz mocny, solidny mat, ale raczej u osoby, która ma cerę normalną lub suchą. Na mojej cerze tłustej kompletnie nie dał rady, a szkoda, bo przecież producent sugeruje, że właśnie dla cery tłustej i mieszanej jest dedykowany ten puder. Odrobinę się zawiodłam, bo miałam wysokie oczekiwania wobec tego kosmetyku, ale staram się spojrzeć na to z pozytywnej strony: kupiłam za niecałe 15 zł bardzo duży zapas sypkiego pudru pod oczy 🙂 A jeśli chodzi o pudrowanie twarzy zostaję przy Manhattanie.

Jeśli znacie ten produkt, zachęcam Was do podzielenia się opinią, ponieważ, tak jak wspomniałam na początku wpisu, niewiele informacji na jego temat można znaleźć w internecie. Szczególnie było by fajnie zapoznać się z opinią posiadaczki cery normalnej lub suchej.

 

Jak zawsze zachęcam do pozostawienia swojej opinii w komentarzu pod wpisem lub na profilu smarowideł na Facebooku.   Pozdrawiam Was bardzo serdecznie 🙂

 

P.S. U Was też dzisiaj cały dzień sypie śnieg?

 

Catrice czy Bell? Porównanie paletek korektorów

Jakiś czas temu pisałam Wam, że przygotowuję test dwóch bardzo podobnych paletek korektorów- Catrice Allround Concealer oraz Bell Hypoallergenic Skin Camouflage – i dzisiaj jestem gotowa, żeby przybliżyć Wam te dwa produkty.

WP_20150730_002WP_20150730_001

Zacznijmy od kilku faktów, które rzucają się od razu w oczy- przede wszystkim opakowanie, pojemność, pigmentacja, konsystencja i cena. Zatem przejdźmy od razu do rzeczy:

Paletkę z Catrice otrzymujemy w prostokątnym opakowaniu z przezroczystego plastiku, o pojemności 6 g, a do dyspozycji mamy pięć mocno napigmentowanych korektorów o bardzo kremowej i gęstej konsystencji. Taki zestaw kupiłam w drogerii internetowej za 14,90 zł.

Bell natomiast oferuje nam okrągłą paletkę z czarnego, błyszczącego plastiku o pojemności 12 g. W środku znajdziemy cztery korektory o znacznie słabszej pigmentacji w pastelowej kolorystyce i również kremowej, ale bardziej zwartej konsystencji. Produkt kupiłam w Rossmannie za 19,99 zł.

Jeśli chodzi o aspekty wizualne, to opakowania obu produktów trafiają w mój gust, są estetyczne i proste, niestety niezbyt trwałe. Obie paletki zaliczyły już upadek na płytki w łazience i z obu odpadły kawałki plastiku. Jedyne czego mi brakuje to lusterko, ale z tym udogodnieniem wiązała by się również wyższa cena.

Jeżeli chodzi o kolory, które mamy do dyspozycji w obu paletkach to:

– zielony służy do maskowania zaczerwnienień
– czerwony (w przypadku Bell nazwałabym go łososiowym) służy do maskowania cieni pod oczami w odcieniu niebieskim/fioletowym
– beżowy (w różnych stopniach jasności) służy do maskowania niedoskonałości skóry

Tak jak wspomniałam na początku różnica w pigmentacji obu produktów jest wręcz kolosalna, co spróbuję przedstawić na zdjęciach poniżej. Zdjęcie po lewej wykonane w świetle łazienkowym, zdjęcie po prawej wykonane w świetle dziennym. Na górze dłoni przedstawiam kolorystykę paletki Catrice, a na dole Bell.

WP_20150819_008
WP_20150819_009

 

 

 

 

 

 

 

Korektory z Catrice są tak mocno napigmentowane, że czerwony z powodzeniem mógłby udawać pomadkę do ust- szczerze mówiąc niezbyt przypadło mi to do gustu, ponieważ maskowanie cieni pod oczami własnie tym korektorem wymaga potem nałożenia jasnego beżu lub zmieszania tych dwóch odcieni. Niestety uważam to za minus, ponieważ skóra pod oczami jest na tyle cienka i delikatna, że ostatnia rzecz, której jej trzeba to dwie warstwy, co by nie mówić, ale jednak ciężkiego produktu. Podobnie rzecz się ma z kolorem zielonym, który jest tak mocno zielony, że trzeba naprawdę bardzo się postarać, aby po zakamuflowaniu zaczerwienienia zakryć zielony placek na skórze. Dodatkowo szykuje się kolejny minus dla paletki Catrice- najciemniejszy odcień beżu jest niemalże brązowy- niestety nie widzę dla niego zastosowania w naszym klimacie- jest to ewidentnie korektor dla osoby o ciemnej skórze lub takiej, która mocno przesadziła z opalaniem. Jak dla mnie jest on zupełnie zbędny i traktuję ta paletkę, tak jakbym miała do dyspozycji 4 korektory.

Jeśli zaś chodzi o pigmentację paletki korektorów z Bell, to jest ona znacznie łagodniejsza i bardziej pastelowa. Zdjęcia nie do końca oddają jej rzeczywistą kolorystykę, zwłaszcza kolor zielony wygląda odrobinę turkusowo, ale w rzeczywistości wyglądają dobrze. Dużą zaletą tej paletki jest odcień różowy/łososiowy- nie dość, że dzięki czerwonym pigmentom jestem w stanie kompletnie zamaskować moje cienie pod oczami to nie muszę, tak jak w przypadku Catrice, nakładać w to miejsce beżowego korektora. Zazwyczaj przed zagruntowaniem korektora pudrem, nakładam odrobinę lekkiego korektora rozświetlającego, ale to bardziej mój kaprys niż konieczność, ponieważ różowy korektor z Bell poza kamuflażem, zapewnia też całkiem ładne rozświetlenie. Za to duży plus.

Na zdjęciach poniżej zobaczycie jak wyglądały okolice moich oczu przed nałożeniem korektorów (zdjęcie po lewej) i po (zdjęcie po prawej). Przed aplikacją nałożyłam na całą twarz lekki krem BB Bell Hypoallergenic (również pod oczami i na powieki), a zaaplikowany kamuflaż utrwaliłam sypkim pudrem rozświetlającym HD z Inglota w odcieniu 43.  Brwi nieumalowane, podobnie jak rzęsy, ale nie chciałam, aby cokolwiek odwróciło uwagę od przedmiotu mojego testu 😉

Dodaj tytuł
Przed nałożeniem korektorów

 

WP_20150819_006
Po lewej korektor z Bell, po prawej Catrice

 

 

 

 

 

Jak widać cienie zostały zamaskowane, jednak efekty końcowe różnią się. Jestem bardziej zadowolona z kamuflażu, który wykonałam korektorem Bell, ponieważ oprócz ukrycia cieni uzyskałam również ładne rozświetlenie. Korektor z Catrice także poradził sobie z zamaskowaniem cieni, jednak zmuszona byłam nałożyć dodatkową warstwę beżowego korektora, aby ukryć prześwitującą upiorną czerwień no i niestety nie ma mowy o żadnym rozświetleniu.
W przypadku obu produktów, pomimo precyzyjnego zagruntowania pudrem sypkim, kosmetyk zbiera się w drobnych zmarszczkach i załamaniach- na pewno jest to wada, ale przy produkcie o takiej konsystencji, nie jest to duże zaskoczenie. Zresztą korektor zbierający się w załamaniach dosyć łatwo kontrolować i „ujarzmiać” w ciągu dnia, więc nie jest to jakiś wielki problem dla mnie. Oczywiście nadal widoczna jest tzw. „dolina łez”, ale z tym zazwyczaj radzę sobie w taki sposób, że nakładam na koniec korektor rozświetlający (najczęściej Lumi Magiquez Loreal) i kieruję się do dołu tworząc trójkąt którego wierzchołki stanowią wewnętrzny kącik oka, zewnętrzny kącik oka oraz płatek nosa. Nie da się oczywiście w ten sposób pozbyć tego zagłębienia, ale jest to przydatna optyczna sztuczka.

Jeśli chodzi zaś o odcień zielony, który służy do kamuflowania wszelkiego rodzaju czerwonych przebarwień zaprezentuję Wam jak poradziły sobie oba produkty na mojej bliźnie, którą „poznałyście” przy okazji recenzji kremu BB z Bell.

1 bez 2 catrice 3 bell
Od lewej widzimy bliznę bez użycia żadnego produktu, kolejno zielony i beżowy korektor z Catrice, a następnie Bell.
Jak widać czerwony kolor został skutecznie zniwelowany przez oba zielone korektory, w mojej opinii lepiej znowu poradził sobie Bell. Nie do końca udało mi się to uchwycić, ale na żywo efekt był bardziej zadowalający w drugim przypadku.

Jeśli chodzi o trwałość tych produktów, to jest ona bardzo podobna. W obu przypadkach produkt dobrze trzyma się w miejscu aplikacji, nie przesuwa się, ani ściera- to duży plus. Oczywiście należy pamiętać, aby zawsze utrwalić korektor nałożony pod oczami sypkim pudrem, a ewentualny nadmiar pudru usunąć puszystym pędzelkiem. Najłatwiej uzyskać trwały efekt delikatnie „wciskając” miękkim, puszystym pędzelkiem puder w miejsce, gdzie chcemy zagruntować nałożony wcześniej korektor. Do tego celu używam pędzla Hakuro H22. Natomiast do precyzyjnego nałożenia korektora używam pędzelka Hakuro H60 (zawsze na koniec wklepuję go delikatnie palcem).

Reasumując, gdybym miała wybrać jedną z tych dwóch paletek zdecydowałabym się na Bell, głównie ze względu na odcienie, ale również fakt, że każdy z nich na pewno wykorzystam i żaden się nie zmarnuje. Dodatkowo plusem jest większa pojemność produktu i bardziej odpowiadająca moim potrzebom konsystencja- w obu przypadkach jest kremowa, jednak w przypadku Catrice mam wrażenie, że jest nieco tłusta i cięższa niż w przypadku Bell- być może się mylę, ale takie jest moje odczucie. Myślę, że paletkę z Catrice również wykorzystam i kiedyś ją zużyję, ale nie jest to zakup, który bym powtórzyła. W moim subiektywnym teście wygrywa Bell.

Jestem ciekawa Waszych odczuć i opinii dotyczących tych dwóch paletek? Jeśli miałyście okazję je wypróbować (bądź tylko jedną z nich) dajcie proszę znać w komentarzu. No i oczywiście jeśli możecie polecić jakąś inną paletkę/ zestaw korektorów do zadań specjalnych, chętnie wypróbuję nowości 🙂

Bell hypoallergenic BB cream

Muszę przyznać, że dawno już zapomniałam o istnieniu firmy Bell, głównie moje skojarzenia krążyły gdzieś wokół pierwszych kosmetyków, niskiej jakości, w raczej tandetnych opakowaniach, dostępnych na każdym placu, targowisku i w małych sklepikach. I ostatnio podczas zakupów w Rossmannie stanęłam jak wryta przed ich szafą! Nie dość, że szafa, to jeszcze sporych rozmiarów i mnóstwo kosmetyków. Ja, jak to ja, zatrzymałam się tam na dłużej i wybrałam dwa produkty z serii Hypoallergenic: krem bb oraz paletkę korektorów. Dzisiaj opowiem Wam o kremie, bo paletkę mam zamiar przetestować i porównać z bardzo podobną paletką z Catrice. Przejdźmy zatem do rzeczy 🙂

WP_20150725_001
Opis producenta

„Fluid optycznie wygładza i rozświetla skórę, redukuje oznaki zmęczenia oraz wyrównuje koloryt. Zawarta w nim witamina E nawilża skórę, poprawia jej elastyczność. Formuła z melaniną chroni przed szkodliwym promieniowaniem HEV, a tym samym przed jedną z przyczyn przedwczesnego starzenia się. Jest łatwy w aplikacji i sprawia, że skóra staje się miękka i jedwabiście gładka przez długi czas. Zapewnia naturalnie wyglądający makijaż.”

Opakowanie

Produkt zapakowany jest w miękką tubkę zakończoną wąską końcówką, która niezwykle ułatwia aplikację. Całość ma pojemność całkiem sporą, bo 30 g. Z tego co zauważyłam, to gama kolorów jest duża i co najważniejsze mamy duży wybór odcieni jasnych. Ja wybrałam 01 Vanilla, który zawiera delikatne różowe tony, dzięki czemu doskonale pasuje do mojej karnacji.

Zapach i konsystencja

Krem jest chyba bezzapachowy, piszę chyba, bo ja wyczuwam jakiś delikatny i bardzo szybko ulatniający się zapach, więc uznałam, że wspomnę o tym. Jest on prawie niewyczuwalny, ja po prostu zawsze obwąchuję wszelkie kosmetyki 😉 Jeśli chodzi o konsystencję, to jest to produkt bardzo lekki, kremowy i genialnie się rozprowadza. Pomimo swojej lekkości nie jest to krem rozlewający się i spływający, ma raczej zwarta konsystencję, taką odrobinę „masełkowatą” (mam nadzieję, że wiecie co mam na myśli).

bell bb

Działanie

Przede wszystkim muszę Wam powiedzieć na początku, że jest mi ogromnie wstyd, że takie miałam nieładne skojarzenia z firmą Bell- ten krem BB jest naprawdę dobry! Po pierwsze jest bardzo nawilżający i nawet zrobiłam próbę i nałożyłam go bez mojego kremu na dzień i skóra naprawdę była fajnie nawilżona, również pod koniec dnia. Produkt świetnie się rozprowadza, nie pozostają żadne smugi na twarzy, jest na tyle przyjemny w obsłudze, że spokojnie mogłabym go nałożyć w ciemno bez spoglądania w lustro. Jestem zachwycona tym jak naturalnie wygląda na twarzy, na pewno dobór odpowiedniego odcienia jest tutaj kluczem, ale jego formuła ma na to ogromny wpływ. Twarz po nałożeniu kremu wygląda bardzo świeżo, zdrowo i naturalnie. Dodatkowo zaliczyłam spore zaskoczenie, bo ten leciutki krem BB całkiem nieźle kryje. Nie żebym tego oczekiwała od tego typu produktu, ale przyznajcie same, że jest to miła niespodzianka. Zwłaszcza moje przebarwienia po trądziku się ucieszyły z tego faktu 🙂 Oczywiście pamiętajmy- to nie jest podkład, to nie jest produkt zastygający, tylko lekki krem BB, ale jednak same spójrzcie na zdjęcie poniżej. Mam na ręce niezbyt ładną bliznę po oparzeniu i postanowiłam na niej pokazać Wam jak on sobie z takimi cudami radzi:

bell bb blizna

Całkiem nieźle prawda? Oczywiście blizna nie jest płaska i nie ma równej struktury, więc to zagłębienie jest widoczne, ale koloryt pięknie wyrównany. I to samo dzieje się na twarzy-skóra nabiera zdrowego wyglądu, a nasz makijaż zyskuje sporą dawkę świeżości i lekkości. Wystarczy odrobina pudru (przy cerze tłustej jak moja) oraz różu na policzkach i mamy gotowy „no makeup” makeup 🙂 Dla mnie jest to produkt typowo na lato i tutaj najważniejsza kwestia, on tak dobrze się stapia z cera, że nic nie spływa z twarzy, nawet przy dużych upałach. Jedyne poprawki w ciągu dnia to bibułka matująca w strefie T lub bibułka + odrobina pudru, w zależności od tego jak bardzo zaczniemy się świecić. U mnie zazwyczaj bibułka wystarcza w zupełności, ale nawet jeśli po wielu godzinach zaszła potrzeba użycia pudru, makijaż nadal wyglądał świeżo i estetycznie. Dla mnie to duży plus.

Cena

Zapłaciłam za niego 24,99 zł w Rossmannie, natomiast z tego co widziałam na Wizażu wynika, że cena raczej nie przekracza 27 zł, tak więc nie jest źle.

Reasumując

Miałam swój ulubiony krem BB z Yves Rocher, ale zdecydowanie ten z Bell zdetronizował mojego ulubieńca. Uważam, że warto zatrzymać się przy szafie Bell i skusić się na ten produkt. Dobrze nawilża, ma całkiem niezłe krycie (nadal nie wierzę, że takie stwierdzenie pada z moich ust przy recenzji kremu BB), ładnie wyrównuje koloryt skóry, jest niesamowicie lekki, a cera po jego użyciu prezentuje się zdrowo, świeżo, po prostu nienagannie. Bardzo polubiłam ten krem, a w niedługim czasie będę Was zapraszała do zapoznania się z testem paletki korektorów z Bell i Catrice, o którym wspomniałam wcześniej.

Na koniec tradycyjnie zachęcam Was do podzielenia się swoimi ulubionymi kremami BB i dodatkowo zapraszam do odwiedzenia Smarowideł na Facebooku 🙂

Facebook Smarowidła

Lancôme Teint Idole Ultra 24H

Postanowiłam Wam dzisiaj przedstawić podkład, którego używałam kilka lat temu i od miesiąca, może dłużej, mam go w swojej kosmetyczce ponownie- mowa o Teint Idole Ultra 24H od Lancome.WP_20150720_003Opis producenta

Po 8 latach badań marka Lancôme przedstawia swój pierwszy podkład zapewniający efekt 24-godzinnej* perfekcji makijażu. Dzięki technologii EternalSoft, podkład Teint Idole Ultra 24h walczy z oznakami zmęczenia. Bez konieczności poprawy makijażu, cera pozostaje wygładzona, ujednolicona i nieskazitelna. Teint Idole Ultra 24h zapewnia nieodparte poczucie komfortu. Jego nowa i świeża konsystencja sprawia, że podkład idealnie dopasowuje się do koloru skóry pozostawiając ją gładką, aksamitną i matową, bez efektu pudrowego. Nietłusty. Nie powoduje efektu maski. Nie powoduje powstawania zaskórników. Produkt testowany dermatologicznie. * Samoocena w grupie 109 kobiet

Opakowanie

Podkład otrzymujemy w pięknym opakowaniu z matowego szkła o pojemności 30ml i wyposażonym w wygodną pompkę, dzięki której możemy aplikować odpowiednią ilość produktu.

WP_20150720_004

Zapach i konsystencja

Ach… ten zapach! 🙂 Cudowny, uwielbiam go! Nie potrafię go Wam opisać, mnie kojarzy się on z delikatnymi perfumami, bardzo charakterystyczny` i rozpoznawalny. Użyjcie chociaż raz tego podkładu, a gwarantuję, że ten zapach zapadnie Wam w pamięć. Pomimo tego, że zapach towarzyszy nam jeszcze przez nawet godzinę po aplikacji, nie jest drażniący ani natrętny- zupełnie nie przeszkadza. Co do konsystencji natomiast, jest ona bardzo lekka, kremowa, ale podkład nie rozlewa się, nie rozpływa, dzięki czemu aplikacja jest na prawdę dziecinnie prosta i nie ma tutaj większego znaczenia czy nałożymy go palcami, pędzelkiem czy gąbeczką- produkt bardzo łatwo się rozprowadza.

WP_20150720_006

Działanie

Zacznę od odcienia, który posiadam- 01 Beige Albâtre, który zdecydowanie wpada w żółtą tonację. Wcześniej miałam 010 Beige Porcelain, który był znacznie jaśniejszy i lepiej dopasowany do mojego koloru skóry. Odcień 01 jest dla mnie bardziej odpowiedni na lato, kiedy cera nabiera kolorytu, na pozostałe pory roku dla osób o tak jasnej cerze jak moja zdecydowanie polecam odcień 010, chociaż patrząc na stronie np. Douglasa, można odnieść wrażenie, że jest odwrotnie. Zapewniam, że nie jest i najlepiej wypróbować podkład na miejscu w sklepie, próbując go na szyi, a nie jak większość pań w sklepie proponuje, na wierzchu dłoni i najczęściej (o zgrozo!) na wierzchu dłoni  sprzedawczyni 😉 Należy pamiętać, że twarz ma pasować do reszty ciała i nie może odznaczać się tzw. maską od szyi. To taka dygresja na marginesie 🙂

Wracając do tematu, na stronie Douglasa czy Sephory można przeczytać, że jest to produkt mocno kryjący, otóż nie jest. Owszem, jego krycie jest dla mnie na chwilę obecną zadowalające, ale według mnie jest co najwyżej średnie. Należy pamiętać, że nie jest to zastygający podkład i nigdy nie zapewni nam tak mocnego krycia, jak produkty tego typu. Kolejna kwestia do obalenia- 24 godzinna trwałość- chyba nie do końca, chociaż nie próbowałam mieć na twarzy podkładu przez dobę. Trwałość jest na całkiem przyzwoitym poziomie jak na tak lekki podkład, ale na pewno nie jest to produkt długotrwały. Nie zrozumcie mnie źle- ja naprawdę uwielbiam ten podkład, ale uważam, że niektóre informacje na jego temat są lekko podkoloryzowane.
To co mogę na pewno potwierdzić, to to, że Teint Idole Ultra 24h jest bardzo lekki, nawilżający i pozostawia piękne, satynowe wykończenie i nie ściera się tak łatwo, jak można by się spodziewać po tak lekkim produkcie. Dodatkowo, to co dla mnie jest najważniejsze, podkład ten nie zapycha, nie powoduje powstawania zaskórników i nie jest tłusty.
Spotkałam się z opiniami, że nie nadaje się do cery suchej, ponieważ podkreśla suche skórki. Pozwolę sobie w tym miejscu na mały apel:
DZIEWCZYNY! Jedyny sposób na tzw. suche skórki to regularny peeling czy to mechaniczny czy enzymatyczny i nawilżanie! Codzienna pielęgnacja to podstawa i nie ma bata! Nawet najlepszy, cudowny, magiczny podkład za 500zł nie sprawi, że suche skórki znikną. Trzeba się ich pozbywać ścierając martwy naskórek peelingiem właśnie.

Po około 6-8 godzinach wymaga użycia bibułki matującej i przypudrowania w strefie T, ale po tym zabiegu makijaż z powrotem wygląda jakbym go skończyła przed chwilą- nie o każdym podkładzie można powiedzieć to samo.
Dla mnie jest idealny na lato, ponieważ kryje zdecydowanie lepiej niż kremy BB, a jednocześnie nie zapycha i nie spływa z twarzy, nawet w upalne dni, po prostu perfekcyjnie się stapia.

Cena

Co tu dużo mówić. Jest duża- od 139 zł (najjaśniejszy odcień w Sephorze tyle kosztuje) do 179 zł. Czy warto? Według mnie tak, ale jest to moja subiektywna opinia.

Reasumując

Teint Idole Ultra 24h to na prawdę dobry produkt, nawilża, doskonale się stapia z cerą, jest bardzo łatwy w aplikacji, ma całkiem niezłe krycie i jest najtrwalszym z tak lekkich podkładów (oczywiście wśród tych, których miałam okazję używać). Poza tym pięknie pachnie i pozostawia delikatnie satynowe, gładkie wykończenie. Pewnie gdybym miała cerę normalną, a nie tłustą byłby dla mnie idealny, ale i tak oceniam go bardzo wysoko i zdecydowanie polecam. Jest zbyt drogi, żeby kupować go w ciemno, ale myślę, że w większości perfumerii bez problemu można uzyskać jego próbkę lub poprosić o pompkę czy dwie do jednorazowego pojemniczka. Jak każdy podkład, najlepiej go wypróbować na spokojnie, w domowym zaciszu i w dobrym, dziennym świetle, bo na tych sklepowych nie można polegać.
Już nie przedłużając- polecam. Jeśli nie macie jakichś większych niedoskonałości do ukrycia to myślę, że sprawdzi się dobrze, dodatkowo jeśli macie normalną cerę uważam, że może być kandydatem na ideał 🙂

Bourjois Healthy Mix korektor do twarzy i pod oczy

W dzisiejszym wpisie podzielę się z Wami moimi wrażeniami z używania słynnego korektora z serii Healthy Mix od Bourjois. Kupiłam go podczas ostatniej Rossmannowej promocji na podkłady, pudry i korektory i od tamtej pory używam- wystarczająco długo, aby już jakieś zdanie mieć sprecyzowane, jednak ja ciągle mam wobec niego mieszane uczucia i chyba tak już pozostanie. Nie zachwycił mnie, ale na pewno nie jest bublem. Jak dla mnie jest po prostu nijaki, zupełnie neutralny. Ciekawa jestem Waszych wrażeń. Jeśli miałyście okazję go używać zachęcam do pozostawienia swojej opinii w komentarzu, a ja przechodzę do rzeczy.

Created with Nokia Refocus

Opis producenta

Korektor z serii Healthy Mix owocowa terapia usuwa cienie pod oczami i niedoskonałości, dla wypoczętego i pełnego blasku wyglądu skóry.

Blask skóry podkreślony jest przez owocowe aktywne składniki, które uwydatniają jej piękno przy każdej aplikacji:
– Morela – podkreśla blask
– Malina – stymuluje mikro-krążenie
– Melon- nawilża

Wyjątkowa formuła idealnie stapia się ze skórą i daje naturalny efekt, nie pozostawiając śladów.

Dostępny w 2 naturalnych odcieniach, podkreślających blask skóry.

I jest dobry dla Twojej skóry!
– Nawilżająca, niezatykająca porów, beztłuszczowa formuła
– Testowany dermatologicznie

Opakowanie

Korektor otrzymujemy z zakręcanej tubce o pojemności 10 ml- to bardzo duża pojemność- tego typu produkt aplikuje się w niewielkiej ilości, więc będę go próbowała zużyć bardzo długo. Co do samej tubki, ma ścięta końcówkę, co ma ułatwiać aplikację, jednak, przez brak jakiegokolwiek aplikatora (takiego typowo błyszczykowego pędzelka chociażby) trudno jest wycisnąć odpowiednią ilość- zawsze jest tego produktu zbyt wiele.  Dostępny jest w dwóch odcieniach: 51- Light i 52- Medium, ja wybrałam jaśniejszy.

Zapach i konsystencja

Produkt nie ma żadnego zapachu (ja przynajmniej nie wyczułam nic), a jego konsystencja jest dosyć ciężka i gęsta. Spodziewałam się, że będzie to lżejszy kosmetyk, zwłaszcza, że jest polecany również do stosowania w delikatnych okolicach pod oczami. Korektor zawiera żółty pigment, który pomaga zneutralizować zaczerwienienia. Niestety efekty bywają różne. Bardzo ciężko go nałożyć równomiernie, przez to, że ma taką tępą konsystencję- jest to chyba jedyny korektor, którego wklepanie zajmuje tak dużo czasu. W przypadku wklepania go byle jak zafundujemy sobie żółto-pomarańczowe plamy, dlatego trzeba robić to bardzo precyzyjnie i cieniutkimi warstwami (jeśli potrzeba więcej niż jedną). Oczywiście wypróbowałam różne metody aplikacji  (palce, gąbeczka, pędzelek)- niestety w każdym przypadku trzeba się nieźle namęczyć.

 

Created with Nokia Refocus

 

Działanie

Krycie tego korektora jest słabe, chociaż po tak ciężkiej konsystencji spodziewałam się przynajmniej średniego (w kierunku mocnego) krycia. Niestety zasinienia pod oczami zostały zneutralizowane, a skóra wokół oczu nabrała żółto-zielonego odcienia… efekt możecie zobaczyć na zdjęciu poniżej (z lewej przed nałożeniem produktu, z prawej po nałożeniu):

 

healthy mix

 

Jak widać cienie dalej są widoczne, tylko w innym odcieniu- no cóż nie tego się spodziewałam po korektorze, na temat którego słyszałam same ochy i achy. Druga warstwa niewiele zmienia, poza tym, że ma się wrażenie potwornego przesuszenia- bardzo nieprzyjemne. I chociaż korektor tak na prawdę nie wysuszył mojej skóry pod oczami, przez cały czas noszenia go, towarzyszyło mi to uczucie, że moja skóra jest sucha jak wióry. No i tutaj wychodzi ta jego nijakość- nie wysuszył, ale też nie nawilża, ani nie pielęgnuje jak zapewnia producent.  Udało mi się te cienie jakoś zakryć, ale musiałam zrobić domieszkę z innego korektora, dlatego nie wrzucam zdjęć po całkowitym zakryciu, bo to nie zasługa Healthy Mix.

Cena

Cena regularna w Rossmannie to około 42 zł, a w drogeriach internetowych można go kupić za około 30 zł. Moim zdaniem cena zbyt wysoka, jak na produkt, który niewiele robi.

Reasumując

Nie kupię go ponownie. Nieźle się sprawdza w przypadku drobnych (naprawdę niewielkich) niedoskonałości na twarzy, ale według mnie to nie jest dobry produkt pod oczy, głównie przez to okropne uczucie przesuszenia. I choćbym nie wiem jak nie nawilżała skóry pod oczami przed aplikacją korektora, za każdym razem było to samo. Może wydać się Wam, że to drobiazg i pewnie tez bym to przeżyła, gdyby ten korektor zakrywał to co chciałam schować. Ale w momencie, gdy produkt nie bardzo spełnia swoje zadanie, to po co się męczyć.  Nie jest to kosmetyk zły, być może sprawdzi się u osób z niewielkimi cieniami pod oczami i bardzo drobnymi niedoskonałościami. Jestem ciekawa Waszych wrażeń. Czy dla Was ten produkt też jest taki nijaki w kierunku słabego?

Inglot HD perfect coverup- kolejna aktualizacja

Tego chyba jeszcze u mnie nie było- zaczynam się pomału wycofywać z moich zachwytów nad podkładem HD perfect coverup z Inglota.
Wyobraźcie sobie, że w momencie kiedy zaczęło się robić cieplej, a moja tłusta cera zaczęła wydzielać więcej sebum, podkład po prostu się gdzieś rozjeżdża, znika, ściera. Jasna sprawa, że taki podkład nie jest produktem na upały, ale powiedzmy sobie szczerze 15 stopni Celsjusza to nie upał! Mocno się rozczarowałam, bo myślałam, że pozostaniemy razem na długo. Rano po nałożeniu jest wszystko ok, na prawdę bez zarzutu. Super matowe wykończenie, podkład fajnie zastyga- rewelacja, tak jak zresztą Wam pisałam w recenzji. Natomiast po około 2 godzinach jak zobaczyłam się w lustrze to doznałam szoku! Podkład gdzieś znika tworząc okropnie nieestetyczne plamy! Od strony pielęgnacyjno- makijażowej nic się nie zmieniło u mnie- ten sam sposób demakijażu wieczorem, ten sam krem na dzień i na noc, ten sam płyn micelarny, puder i nawet te same pędzelki do aplikacji zarówno podkładu jak i pudru. Ewidentnie podkład, który nie nadaje się do tłustej cery i po tej „niespodziance” nie użyłabym go nawet zimą, kiedy moja cera się uspokaja.
Także dla wszystkich dziewczyn, które zachęciłam moją recenzją prośba- jeśli macie cerę tłustą lub mieszaną – odradzam zakup, a jeśli bardzo się upieracie poproście o próbkę produktu. Naprawdę szkoda kasy (niemałej) jeśli ma Was rozczarować i to z opóźnionym zapłonem. Pierwszy raz zdarza mi się coś takiego, ale lepiej, że stało się w pracy, a nie na jakimś „wielkim wyjściu”, bo chyba by mnie szlag trafił. Teraz muszę się zastanowić co z nim zrobić, póki co ląduje w szufladzie.,

Ulubieńcy marca

Dzisiaj chciałam podzielić się z Wami moimi ulubionymi produktami marca. Ostatnio pisałam o moich kosmetycznych faworytach w podsumowaniu 2014 , więc teoretycznie mogliby to być ulubieńcy pierwszego kwartału 🙂 Nie wynika to z mojego lenistwa, a raczej z tego, że nie w każdym miesiącu trafiam na jakiś hit 🙂 Przejdźmy zatem do rzeczy (kolejność jest przypadkowa):

1. Podkład Inglot Perfect Coverup w odcieniu 71

Możecie przeczytać o nim tutaj , więc nie będę zanudzała Was ponownie moimi wrażeniami. Dodam tylko tyle, że używam go codziennie od początku marca i dotarłam ledwie odrobinę za połowę opakowania, więc wydajność jest całkiem zadowalająca. Na dowód możecie zobaczyć poniżej zdjęcie obrazujące bieżący stan zużycia.

WP_20150408_007

2. Hasco- Lek Maść ochronna z witaminą A

Maść z witaminą A, potocznie zwaną maścią witaminową poleciła mi przyjaciółka przy okazji przesuszonych, przemarzniętych dłoni- pomogła właściwie już po jednym użyciu. Dla mnie jest to cudo kosmetyczno – apteczne za mniej niż 5 zł. Produkt o tak szerokim zastosowaniu, że nie śniło mi się o czymś takim nigdy. Zaczęłam od dłoni, potem okazało się, że znakomicie łagodzi objawy atopowego zapalenia skóry, a nawet sprawia, że wszystkie przesuszone, rozdrapane plamy znikają, a skóra jest w znakomitej kondycji (sprawdzone, przetestowane na młodym- w ciągu 5 dni pozbyliśmy się dzięki maści witaminowej poważnie rozdrapanych ran). Ostatnio, gdy przy zmianie wody moja twarz zareagowała dużymi i bolesnymi wypryskami również użyłam tego produktu smarując prawie całą twarz na noc. Rano podskórne wypryski były wyraźnie mniejsze, złagodzone i przestały boleć. Po kolejnej nocy to co miało się wygoić według moich prognoz w ciągu kilku dni prawie nie było widoczne. Nie wspominając o tym, że skóra była cudownie nawilżona, odżywiona, bez jakichkolwiek zaczerwienień czy plamek. Maści witaminowej używam również do stóp, na usta, ręce… jest bardzo uniwersalna i jest to produkt, który po prostu obowiązkowo trzeba mieć  w swojej kosmetyczce. Nie dość, że tani jak barszcz, to jeszcze o cudownych właściwościach. Jeśli chodzi o konsystencję to bardziej przypomina tłusty krem niż maść, ma lekko cytrynowy zapach- nie jest to może jakiś wyszukany aromat, ale przy takich właściwościach i cenie, zapewniam, że nie zwrócicie na to uwagi. Produkt do kupienia w każdej aptece za około 3-5 zł. Jeśli nie znacie, to polecam Wam go bardzo gorąco.

WP_20150408_001
3. Manhattan, Puder prasowany w odcieniu 0
Zupełnie przez przypadek i w ostatniej chwili przypomniałam sobie w Rossmannie, że potrzebuję puder matujący, najlepiej w kamieniu i tani, bo doszłam do wniosku, że wszystkie one są o kant tyłka rozbić i nie mam zamiaru inwestować nie wiadomo jakich pieniędzy w puder, który pewnie i tak nie będzie spełniał oczekiwań. I oto na horyzoncie pojawia się ON:

 

WP_20150408_002

Manhattan, za około 15 zł, w tandetnie plastikowym opakowaniu, dostępny w 8 odcieniach, w tym wybrany przeze mnie 0, czyli transparentny. W końcu, po przynajmniej 10 latach, znalazłam przypadkiem mój ideał! Jest cudownie jedwabisty, doskonale matuje, nie zostawia żadnego śladu (najczęściej puder w kamieniu osiada  na tych wszystkich mikro-włoskach na twarzy, ten tego nie robi) i już po pierwszym użyciu stał się moim numerem jeden.
WP_20150408_004

Po dwóch tygodniach odkryłak drugie dno… dosłownie 🙂 Okazuje się, że z prawie strony jest wysuwany jak szuflada pojemnik z gąbeczką 🙂
Nie zauważyłam go wcześniej, ani też nie skorzystałam z gąbeczki, więc nic nie mogę o niej powiedzieć, ponieważ zawsze używam pędzla.

WP_20150408_003

4. Alterra, Olejek do masażu migdały i papaja

Kolejny produkt pierwszy raz kupiony przypadkiem przy kasie tylko dlatego, że była promocja i z sympatii do innych produktów z Alterry. Kupiłam go wtedy za 9,99 zł, jego normalna cena to 17,99 zł za 100 ml. Powiem krótko- naprawdę warto się skusić. Używam go głównie na mokro, po prysznicu wmasowuję go w jeszcze mokrą skórę, a dopiero potem się wycieram (stosowanie jak zwykła oliwka do ciała). Pachnie pięknie cytrusami (tak, wiem, miała być papaja i migdały 😉 ), super się rozprowadza, aplikacja jest bardzo prosta i wygodna dzięki pompce no i jest mega wydajny. Stosuję go również do masażu, na suchą skórę i na tym polu także świetnie się sprawdza. Bardzo się polubiliśmy, bo jak każdy olejek jest produktem uniwersalnym, był także na moich włosach i dłoniach (skórki i paznokcie) i dał radę 🙂
Cena regularna może byc trochę odstraszająca jak za 100 ml, ale moim zdaniem warto. Duży plus należy się na pewno za skład produktu, a jeśli miałabym znaleźć minus to dałabym go za szklaną butelkę- łatwo się może wyślizgnąć z dłoni i rozbić robiąc niezły syf, jeszcze mi się to nie przytrafiło, ale znając moje zdolności biorę to pod uwagę. Skóra jest po nim nawilżona, jedwabista i chyba bardziej napięta, włosy w znakomitej kondycji (mieszam go na przykład ze zwykłą oliwą  z oliwek), skórki wyraźnie bardziej miękkie i nawilżone. Lubię produkty, które mają wiele zastosowań i są do tego skuteczne, dlatego olejek z Alterry ląduje w moich ulubieńcach i zagości na stałe w kosmetyczce.

alterra

5. Floslek, Żel ze świetlikiem lekarskim i aloesem, pod oczy i do powiek,o którym możecie przeczytać we wczorajszym wpisie.

Nie jest marcowych ulubieńców wielu, ale doszłam do wniosku, że wolę zrobić selekcję i polecić Wam to, czym jestem w 100% zachwycona, a powyższe produkty takie właśnie wywołały u mnie odczucia 🙂 Bardzo gorąco Wam je polecam i jak zwykle jestem ciekawa czy je znacie i jacy są Wasi ulubieńcy minionego miesiąca?

 

Inglot HD – test AKTUALIZACJA

Witajcie,

nabyłam wczoraj drogą kupna dwie długo wyczekiwane przeze mnie rzeczy: podkład HD Perfect coverup oraz puder rozświetlający również z serii HD. Dzisiaj pierwszy raz użyłam obu produktów i w weekend dam znać jak sobie dzisiaj poradziły 🙂

AKTUALIZACJA:

Na wstępie muszę przyznać, że czaiłam się już bardzo długo na podkład HD perfect coverup. Widziałam go wiele razy na makijażowych kanałach chociażby u Maxineczki i zapragnęłam go mieć, jako absolutny must have. Nie ukrywam, że czekałam z zakupem dlatego, bo chciałam skończyć podkład mineralny, którego do tej pory używałam, jak również termin wypłaty miał na to wpływ 😉

Zacznę od opakowania, które mnie zachwyciło, poza pompką, która zapewnia higieniczne dozowanie produktu, w dokładnie takiej ilości jaka jest potrzebna, to w końcu ktoś wymyślił opakowanie (system airless), które pozwoli zużyć produkt do końca, dosłownie do ostatniej kropli. Cena kosmetyku to 75 zł, ale poza cechami, które sprawiają, że warto go kupić, o których powiem za chwilę, duża pojemność – 35ml- też robi swoje i jak najbardziej do mnie przemawia. Wybrałam odcień 71, czyli najjaśniejszy spośród 8 dostępnych kolorów.

WP_20150303_002

W dzień testu przygotowałam rano twarz, tak jak codziennie: umycie twarzy letnią wodą, dokładne przemycie płynem micelarnym (aby zmyć ewentualne pozostałości po kremie na noc), krem nawilżający i krem pod oczy. Juz podczas aplikacji pojawiło się pierwsze WOW! Podkład ma niesamowitą konsystencję, wydawać by się mogło, że produkt mocno kryjący będzie ciężki i toporny, a okazuje się, że jest lekki i cudownie się rozprowadza zarówno pędzlem (flat topem) jak i palcami.  Przy aplikacji palcami należy pamiętać o sposobie aplikacji, to znaczy nie rozcierać go kolistymi ruchami (zmniejszamy wówczas właściwości kryjące kosmetyku), a raczej wklepywać. Podkład ten doskonale stapia się ze skórą i chociaż jest to sformułowanie często nadużywane przez producentów, w tym przypadku jest jak najbardziej prawdziwe. Pomimo bardzo mocnego krycia i solidnego matu, podkład nie tworzy efektu maski.
Podkład nałożyłam około 7:15 i w ciągu dnia, około 13, musiałam użyć bibułki matującej, bo zaczęłam lekko błyszczeć na czole. Poza tym kompletnie nic się z nim nie działo przez cały, długi dzień. Całość makijażu wykończyłam sypkim pudrem rozświetlającym również z serii HD Inglota. Wybrałam odcień 43 (z żółtym pigmentem), ze względu na zaczerwienienia, które bardzo mnie lubią, zwłaszcza w okolicy nosa. Zdecydowałam się na puder rozświetlający, ponieważ nie zawiera ordynarnych drobinek, zahaczających o brokat. Produkt rozświetla skórę, ale bardzo subtelnie, dzięki czemu wygląda świeżo i promiennie. Zdecydowałam się na rozświetlający puder, ponieważ mat zapewnił mi już podkład. Przez cały dzień makijaż nie przemieszczał się, nie ścierał, pomimo tego, że siedząc w pracy przy biurku często podpieram się ręką dotykając twarzy.

WP_20150303_001

 

Wytarł się odrobinę jedynie w okolicy nosa, ponieważ dosyć często używałam chusteczki (dopadają mnie powoli wiosenne uczulenia). Z obydwu produktów jestem bardzo zadowolona,jednak w przypadku podkładu radzę uważać i dobrze nawilżać skórę twarzy. Zrobiłam dzisiaj próbę bez kremu nawilżającego i przed pilingiem i niestety po około 3 godzinach bardzo podkreślił suche skórki, chociaż zaraz po aplikacji wszystko wyglądało idealnie. Oczywiście po zrobieniu pilingu i posmarowaniu twarzy kremem wszystko jest w jak najlepszym porządku. Reasumując, jestem zadowolona i kupię go ponownie. Może wydawać się, że cena 75 zł jest wysoka, ale za to co otrzymujemy w zamian, to według mnie nie dużo. Myślę też, że będzie bardzo wydajny, ale o tym przekonam się za jakiś czas i na pewno dam znać. Obiecuję jutro dorzucić zdjęcia 🙂 a tymczasem życzę dobrej nocy 🙂

 

PRZECZYTAJ KONIECZNIE: 
WAŻNA AKTUALIZACJA DLA POSIADACZEK CERY TŁUSTEJ

Zakupowo w Rossmannie

Dzisiaj będzie króciutko, chciałam Wam tylko przedstawić co fajnego wczoraj upolowałam w Rossmannie 🙂 A polowałam natchniona recenzjami na Waszych blogach 🙂 I tym sposobem kupiłam:

1. Maskę do włosów z Alterry (aloes i granat)
Akurat trafiłam na promocję za 5,99 zł, więc chytrze wzięłam dwie 🙂

WP_20150129_003

 

 

 

 

 

 

 


2. Krem do ciała Isana Granat i figa

Kosztował z tego co pamiętam też około 5-6zł, a opakowanie ma 500ml pojemności.

WP_20150129_001

 

 

 

3. Płyn micelarny Garnier 3 w 1
Pisałam jego recenzję , a potem znalazł się w ulubieńcach roku 2014 . Kosztował 17,99 zł.

4. Eveline odżywka wybielająca do paznokci (cena: około 12zł)

5. Eveline korektor kryjąco- rozświetlający (cena: w granicach 15zł – nie pamiętam niestety)

WP_20150129_004

 

 

 

 

 

 

 

 

I to by było na tyle, niedługo pewnie opiszę pierwsze wrażenia ze stosowania zakupionych produktów. Wczoraj już użyłam pierwszy raz odżywki, bez żadnego lakieru i póki co ładnie wygląda na paznokciu, zobaczymy jakie przyniesie efekty. Korektora dzisiaj tez użyłam, ale niestety moje pierwsze wrażenie nie jest najlepsze- ma bardzo słabe krycie lub za słabe jak na moje cienie pod oczami, no ale zobaczymy po dłuższym użytkowaniu. Do przeczytania! 🙂