GLOV on the go

Jakiś czas temu dostałam od mojej siostry rękawicę do demakijażu, którą wystarczy tylko zmoczyć wodą i usuwa bezbłędnie cały makijaż, bez konieczności użycia mleczka, żelu czy płynu micelarnego. Ot tak po prostu, sama woda… jak się domyślacie moje podejście było bardzo sceptyczne i rękawica bardzo długo leżała w szufladzie, aż w końcu postanowiłam ją przetestować i dzisiaj Wam o niej trochę opowiedzieć.

WP_20151212_001

Opis producenta

Rękawica do demakijażu Glov on-the-go starannie usunie cały makijaż i oczyści skórę twarzy tylko za pomocą wody. Zastępuje wiele kosmetyków do demakijażu po to, aby nasza skóra była naturalnie zdrowa i piękna.Jest wielokrotnego użytku, można ją stosować do 3 miesięcy.
Praktyczny kształt rękawiczki Glov on-the-go świetnie sprawdza się w podróży, na kontrolach lotniskowych czy w torbie na fitness. Przeznaczony jest do lekkiego, codziennego makijażu. Sekretem jest włókno. Stworzone w mikro-technologii, dzięki elektrostatycznym właściwościom działa jak magnez na makijaż dokładnie go usuwając. Nasza skóra jest idealnie oczyszczona z makijażu oraz nadmiaru sebum.
Glov jest idealny dla każdego typu cery, nawet najbardziej wrażliwej.
Testy dermatologiczne potwierdziły w 100% jego antyalergiczność.
Glov wzmacnia barierę hydro-lipidowa skóry, która aktywnie się reguluje. Włókna działają lekko pilingująco, pobudzają mikro-krążenie skóry wygładzając ją, nadając jej matowy efekt.
Glov to demakijaż sprytny i wygodny w każdej sytuacji. Demakijaż z Glov jest przyjazny dla użytkowników soczewek kontaktowych, nie podrażnia oczu. Jest również przyjazny dla środowiska.

WP_20151212_009Opakowanie

Rękawica Glov zapakowana jest w niewielkie kartonowe opakowanie,z którego wysuwamy jeszcze jeden kartonik, a w nim znajdujemy rękawicę umieszczoną w szczelnie zamkniętym, foliowym woreczku. Produkt jest bardzo higienicznie zapakowany, tak więc nie musimy się obawiać, że ktoś przed nami go dotykał.  Jeśli chodzi o sam wygląd opakowania, jak najbardziej przypadł mi do gustu- króluje minimalizm, a zarówno z tyłu jak i wewnątrz opakowania znajdujemy wszystkie niezbędne informacje dotyczące m.in sposobu użycia produktu, również w języku polskim i w wersji obrazkowej 🙂

WP_20151212_002

WP_20151212_003

WP_20151212_004 WP_20151212_007

 

Zapach i konsystencja

Rękawiczka oczywiście nie ma żadnego zapachu i nie jest nasączona żadnymi specyfikami 🙂 Jest bardzo miękka i miła w dotyku. Jeśli chodzi o jej wielkość to mieści się w sam raz na palce, nie zsuwa się, ale też nie ma najmniejszego problemu z jej ściągnięciem. Krótko mówiąc bardzo wygodna w użyciu.

WP_20151212_005

Działanie

Zacznę od tego jak w ogóle używa się tej rekawicy i tutaj podeprę się już gotowym sposobem użycia ze strony Sephory:

1. Zmocz produkt pod zimną lub ciepłą wodą (zimna orzeźwia, ciepła odpręża i lepiej radzi sobie z bardzo mocnym makijażem).
2. Zacznij demakijaż od oczu. Przyłóż włókno do powieki i delikatnie pulsującymi, okrężnymi ruchami pozwól mu zadziałać na strukturę rzęs. Ściągnij makijaż oczu.
3. Czystą powierzchnią rękawicy zmyj makijaż twarzy, szyi i dekoltu również stosując delikatne okrężne ruchy.
4. Po użyciu przepłucz pod bieżącą wodą z odrobiną zwykłego mydła (najlepiej sprawdza się tzw. mydło marsylskie, w prostym składzie).
5. Odwieś Glov do wysuszenia a będzie gotowy do ponownego użytku.

Jak widać jest to bardzo prosty zabieg i nie wymaga żadnych dodatkowych środków, no może poza wodą 🙂
Tak jak wspomniałam na początku wpisu, moje podejście do Glov było bardzo sceptyczne i szczerze mówiąc nie wierzyłam, że tylko za pomocą wody i byle szmatki uda mi się dokładnie usunąć makijaż. Ależ się zdziwiłam! 🙂
Glov poradził sobie znakomicie, bez najmniejszego problemu usunęłam makijaż oczu, zmyłam wodoodporny żel, którym utrwalałam brwi, po pudrze, różu, pudrze brązującym i podkładzie również nie było śladu. Oczywiście nie byłabym sobą, gdybym nie sprawdziła tego jeszcze dokładniej. Nasączyłam wacik płynem micelarnym i przemyłam nim całą twarz i spodziewałam się, że będzie brudny. Zdziwiłam się po raz drugi i teraz już na prawdę na poważnie- wacik był czyściutki, ani śladu kosmetyków!
Cała magia tkwi we włóknach Glov, które wykonane zostały w mikro technologii. Na stronie producenta przeczytałam, że przez ponad 2 lata ich zespół badał tysiące różnych splotów, składów i struktur włókien i w ten sposób powstały włókna Glov, które w przekroju wyglądają jak ośmioramienna rozgwiazda, dzięki czemu łatwiej i efektywniej zbierają makijaz i zabrudzenia. Z ciekawostek wyczytałam też, że  1 kilometr włókien GLOV waży mniej niż 1 gram, a jedno włókno Glov jest do 30 razy cieńsze od włókna bawełny i do 100 razy cieńsze od ludzkiego włosa!
Przyznacie chyba, że to intrygujący produkt?
Niestety tutaj nastąpi małe „ale”. Rękawica na sucho jest bardzo przyjemna w dotyku, jednak, po jej zmoczeniu, moja twarz nie była już takiego zdania. Nie wystąpiły co prawda żadne podrażnienia, nie tarłam też twarzy jakoś super mocno, ale jednak skóra była zaczerwieniona i taka nieprzyjemnie naciągnięta. Nie wiem czy jest to kwestia tego, że od dłuższego czasu robię demakijaż olejami i moja skóra przyzwyczaiła się do tego, że przy tym zabiegu jest przyjemnie otulona olejkami? Z drugiej strony przecież zmywam oleje mokrym ręczniczkiem, więc w sumie odczucia powinny być podobne. Tak czy owak demakijaż rękawicą nie należał do najprzyjemniejszych.
Jeśli chodzi o utrzymanie samego produktu w czystości, to bez problemu wyprałam rękawicę za pomocą zwykłego mydła Protex i ciepłej wody.

Cena

Ja swoją rękawicę dostałam w prezencie, ale z tego co widzę tą wersję, którą ja posiadam można kupić za kolo 37- 39 zł. Są różne rodzaje tych rękawic, ale ten wpis nie jest o nich, więc nie będę zagłębiała się w ich ceny.

Reasumując

Rękawica Glov naprawdę działa- usuwa dobrze makijaż, nawet te wodoodporne produkty, jednak nie przypadło mi do gustu to uczucie ściągnięcia po demakijażu. Bardzo łatwo jest ten produkt wyczyścić zwykłym mydłem i przy kolejnych użyciach właściwości są takie same jak przy pierwszym. Producent zapewnia, że można tego produktu używać przez 3 miesiące i przez ten czas powinien zachować swoje właściwości- tego jeszcze nie wiem, ale na pewno dam Wam znać. Nie jestem pewna czy kupiłabym ten produkt. Za jego cenę (około 40 zł) mogę kupić olejki, które wystarczą mi spokojnie na pół roku stosowania. Dodatkowo jestem nastawiona na to, że mój demakijaż jest przyjemny i przede wszystkim produkty, których używam mają dobry wpływ na moją cerę, czego o rękawicy nie mogę powiedzieć,bo nie ma żadnego działania pielęgnującego- po prostu usuwa makijaż. Na pewno jest to ciekawy wynalazek, zaskakujący i myślę, że świetnie sprawdzi się np. podczas wyjazdów,gdy zależy nam na oszczędzaniu miejsca w kosmetyczce, ale nie wiem czy skusiłabym się na zakup.

Dajcie znać czy miałyście okazję używać Glov i co o tym produkcie sądzicie, jestem bardzo ciekawa Waszych opinii 🙂

P.S. Przepraszam Was za jakość zdjęć, ale miałam wyjątkowo kiepskie oświetlenie i coś nie mogłam złapać ostrości. Robienie dobrych zdjęć to niestety nadal dla mnie czarna magia. Mam nadzieję, że mi wybaczycie 🙂

 

Lancôme Visionnaire Nuit

Wspominałam Wam jakieś 2 miesiące temu na profilu Facebookowym Smarowideł, o tym, że dostałam w Douglasie próbki nowych kremów Lancôme i krótko mówiąc krem na noc zrobił szał po jednym użyciu! Zakochałam się w tym co zrobił z moją skórą po jednej nocy. Od tamtej pory postanowiłam odkładać na niego fundusze, bo wiedziałam, że muszę go mieć. Los sprawił, że mam cudownego męża, który zna mnie jak własną kieszeń i wiedział, że w praktyce nigdy go sobie sama nie kupię, bo zawsze znajdą się ważniejsze wydatki, a ewentualne odłożone pieniądze  wydam na coś praktycznego, a nie zachciankę. I tym sposobem na trzydzieste urodziny urodziny dostałam  od Niego krem na noc Lancôme Visionnaire Nuit, o którym bardzo chcę Wam dzisiaj opowiedzieć.

WP_20151004_002

 

Muszę przyznać, że pierwszy raz nie wiem od czego zacząć recenzję, więc chyba jednak będę się trzymać mojego sprawdzonego porządku 🙂

Opis producenta

Pierwsza pielęgnacja regenerująca na noc od Lancôme o innowacyjnej konsystencji żelu w olejku, która redukuje oznaki zmęczenia, delikatnie otulając skórę. Innowacyjna formuła zawierająca mikro kropelki olejku, zawieszone w odświeżającym i nawilżającym żelu, która topnieje pod palcami i pozostawia na skórze delikatne wykończenie, zapewniając długotrwałe uczucie komfortu.

Widoczne rezultaty:
Już od pierwszego poranka: skóra jest bardziej miękka w dotyku i wygląda na odżywioną.
Po czterech tygodniach: promienna i sprężysta cera.

Korzyści:
Gładkość, elastyczność i blask

Dziewczyny! To wszystko prawda! 🙂

Opakowanie

Produkt jest pięknie zapakowany w solidny, dosyć ciężki szklany słoiczek o pojemności 50 ml, w intensywnym granatowym kolorze. Na opakowaniu znajduje się minimum informacji umieszczonych białą, nienachalną czcionką. Do kremu dołączona jest szpatułka w tym samym kolorze, która umożliwia wygodne i higieniczne nabranie kremu z pojemniczka. Dodatkowo znajdziemy tam również ulotkę ze szczegółowym opisem produktu w kilku językach. Całość zapakowana jest oczywiście w kartonik i zafoliowana. Opakowanie bardzo mi się podoba, jest eleganckie i minimalistyczne, a ponadto jest dosyć ciężkie i solidne, za co ogromny plus, bo wręcz nie znoszę lekkich opakowań, które kojarzą mi się z bardzo niską trwałością i odpornością (być może tak nie jest, a jest to tylko jakieś tam moje wariactwo).

Created with Nokia Refocus

 

Zapach i konsystencja

Dokładnie tak jak napisał producent „żel w olejku”- ciężko tą jego konsystencję opisać jakoś jednoznacznie. Krem faktycznie sprawia wrażenie żelu lub lekkiej galaretki (być może będzie to widoczne na zdjęciu poniżej), ale już po zetknięciu ze skórą zaczyna się „roztapiać” niczym olejek. Jest bardzo jedwabisty, aksamitny, aplikowanie go to czysta przyjemność, konsystencja jest niesamowicie lekka, a jednocześnie jest to bardzo treściwy produkt. Do tego dochodzi niesamowity zapach, który jest dla mnie bardzo relaksujący i towarzyszy mi prawie do samego rana, jednak nie jest przy tym męczący czy drażniący. Wiem, że jest to kwestia subiektywna i komuś może to nie odpowiadać, ale  ja jestem wielką fanką zapachów Lancome’a (wspominałam o tym w recenzji mojego ukochanego podkładu). Szczerze mówiąc jeśli istnieją perfumy o zapachu tego kremu, bardzo chętnie weszłabym w ich posiadanie – wiem, maniactwo 🙂

Created with Nokia Refocus

Created with Nokia Refocus

Działanie

To co za chwilę napiszę można ująć w jednym prostym skrócie „och! ach!” 😉
Z racji tego, że nie sypiam tak dużo jakbym chciała i jakby potrzebował mój organizm, siłą rzeczy wygląd mojej cery rano nie pozostawia żadnych złudzeń. Visionnaire Nuit zmienił sytuację już po pierwszym użyciu, dalej wydaje mi się to niewiarygodne, ale po przebudzeniu (podkreślam – po jednym użyciu) moja skóra była miękka, jedwabista, gładka i przede wszystkim widocznie odżywiona, a nie taka szara i niewyspana jak zazwyczaj. Krem stosuję już blisko dwa miesiące codziennie i systematycznie i z każdym dniem moja cera wygląda znacznie lepiej. Doszło do tego, że zdarza mi się wyjść z domu bez podkładu (kto mnie zna ten wie, że to się raczej nie zdarzało). Visionnaire Nuit świetnie nawilża i odżywia moją skórę, uspokaja ją (nie zauważyłam żadnych nowych „niespodzianek” od kiedy go używam), subtelnie ujednolica jej koloryt i sprawia, że skóra wydaje się być bardziej wypoczęta. Oczywiście krem nie zastąpi odpowiedniej ilości snu, ale ten znacznie wspomaga jej nocną regenerację. Dodatkowo zauważyłam, że zaczerwienienia, które u mnie występują na nosie i w jego pobliżu na policzkach są znacznie mniej intensywne.
Krem pozostawia na skórze delikatne wykończenie j jakby otula ją, zapewniając jednocześnie bardzo długotrwałe odżywienie.

Cena

Tym sposobem doszłam do tego smutnego elementu wpisu, czyli ceny kremu. Jego kosz to około 379 zł za 50 ml. Dużo? Ano dużo niestety, ale na jego obronę powiem, że jest niesamowicie wydajny (ja w tej chwili nie wiem czy już dotarłam do połowy opakowania (po dwóch miesiącach codziennego stosowania) i w moim przypadku jest to trochę inwestycja w siebie, bo widzę, że Lancôme Visionnaire Nuit u mnie zdziałał cuda.

Reasumując

Doskonałość zamknięta w przepięknym opakowaniu. Czy kupię go ponownie? Nie wiem czy od razu jak mi sie skończy będzie mnie na niego stać, ale na pewno będę odkładać, aby znów mógł znaleźć się na mojej półce. Dla mnie to produkt doskonały. Jeżeli będziecie miały okazję wypróbować go, to gorąco do tego zachęcam. Cera jest dosłownie nie do poznania: cudownie odżywiona, nawilżona, zregenerowana 🙂

Na koniec jeszcze pozwolę sobie wkleić fragment reklamy, którą w jakiejś gazecie znalazłam, myślę, że trochę przybliży fenomen tego produktu:

WP_20151121_002 WP_20151121_003

 

Evree Deep Moisture- głęboko nawilżający balsam do ciała

Zrobiło się chłodno, w domach i biurach coraz częściej korzystamy z dobrodziejstw centralnego ogrzewania, więc postanowiłam Wam przypomnieć o nawilżaniu skóry. Oczywiście mam nadzieję, że pamiętacie o tym ważnym etapie w pielęgnacji nie tylko zimą 🙂

Balsam, który chcę Wam dzisiaj przybliżyć nie jest nowością ani w drogeriach ani w mojej łazience (już co najmniej 5 opakowań za mną i moimi domownikami), ale uznałam, że warto się nim podzielić z innymi, bo jest to na prawdę bardzo dobry produkt.

Mowa o głęboko nawilżającym balsamie do ciała z Evree.

WP_20151027_001

Opis producenta

Emolienty roślinne zawarte w balsamie przywracają prawidłowe funkcje skóry. W połączeniu z bogactwem składników aktywnych wspierają naturalne zdolności regeneracyjne naskórka.

Skoncentrowana formuła – dobrze się wchłania.
SKŁADNIKI AKTYWNE:

  • olejek canola
  • Hydromanil ™
  • urea
  • masło shea

DZIAŁANIE:

  • zapewnia długotrwałe i natychmiastowe nawilżenie
  • tworzy film okluzyjny chroniąc przed utratą wody z naskórka
  • przywraca sprężystość i elastyczność
  • odżywia i wygładza

I tym razem nie mam nic do dodania do opisu producenta 🙂

 

Opakowanie

Opakowanie nie różni się zbytnio od tego typu produktów, wykonane jest z niezbyt twardego tworzywa. Całe w kolorze niebieskim, czyli spójnie z pozostałymi produktami z serii, za co ode mnie duży plus. Bardzo łatwo odnajduję wszystkie interesujące mnie produkty, ponieważ chociaż design jest bardzo prosty, to jednak całość bardzo charakterystyczna. Opakowanie jest miękkie, nie ma problemu z wydobyciem produktu, a pod sam koniec i tak już tradycyjnie je przecinam. Zamykanie na zatrzask, na nieco wątłych zawiasach, które u mnie najczęściej się urywają, ale kompletnie mi to nie przeszkadza, gdy pomyślę o wszystkich zaletach tego balsamu. Pojemność to 400 ml.

Zapach i konsystencja

Pierwsza informacja, o której muszę wspomnieć i którą również producent umieścił na opakowaniu to niezwykle wydajna formuła (jest to zresztą cecha chyba wszystkich produktów Evree), jeżeli miałabym to jakoś zobrazować, to powiedziałabym tak: ilość balsamu wielkości orzeszka laskowego wystarcza mi na całą nogę (łydka i udo). Produkt ma lekką konsystencję (ale nie lejącą), doskonale się rozprowadza, szybko się wchłania i nie zostawia żadnego nieprzyjemnego filmu na skórze. Zapach jest przecudowny, uwielbiam go, ale wiadomo, jest to bardzo indywidualna sprawa.

Działanie

Słuchajcie dziewczyny, ten balsam nie ma wad! 🙂 Wiem, odważna teza, ale zużywam już w tej chwili chyba 5 opakowanie i serio nie ma się do czego przyczepić. Jak wspomniałam wyżej, produkt ma niesamowicie wydajną formułę, lekką konsystencję, nie pozostawia na skórze żadnej nieprzyjemnej warstwy, dzięki czemu właściwie od razu po aplikacji możemy się ubrać. A z rzeczy bardziej istotnych, na pewno należy zwrócić uwagę na skład produktu, w którym nie znajdziemy parabenów, barwników czy olejów mineralnych, a w zamian za to między innymi mocznik czy masło shea. Balsam skutecznie i długotrwale nawilża, zmiękcza i uelastycznia skórę. Nawet jeśli czasem zapomnę lub najzwyczajniej w świecie nie chce mi się smarować, moja skóra utrzymuje odpowiedni poziom nawilżenia. Znowu odnośnikiem będą moje łydki, które jako jedyna część ciała zazwyczaj najbardziej się przesusza. Balsam świetnie się sprawdza również po depilacji, nie podrażnia ani nie powoduje pieczenia czy swędzenia. Dodatkowo ogromnym plusem jest również to jak reaguje atopowa skóra naszego małoletniego współlokatora- jest absolutnie uspokojona, nawilżona i nie ma konieczności stosowania żadnych leków.Balsam Evree jest głównym produktem pielęgnacyjnym dzieciaka z atopowym zapaleniem skóry- to chyba świadczy samo za siebie. Używaja go wszyscy domownicy, a ja powiem szczerze, że chyba tylko twarzy nim nie smaruję 🙂 Sprawdza się super również do stóp czy do rąk i ukoił w wakacje moją poparzoną górskim słońcem skórę. No po prostu ideał i bardzo gorąco Wam go polecam, nawet jeśli macie wrażliwą skórę, skłonną do podrażnień czy nawet AZS.

Cena

Najczęściej kupuję go w Rossmannie i jego cena regularna to 19,99 zł, ale czasem kosztuje 16,99 zł lub 10, 99 zł. Myślę, że jest wart nawet ceny regularnej, bo nie dość, że doskonały to jeszcze wydajny.

Reasumując

To miłość od pierwszego użycia, idealny pod każdym względem, kupuję go regularnie i kupować będę, jest stałym bywalcem na naszej łazienkowej półce 🙂

P.S. Balsam tworzy całkiem zgrany duet z kremem do rąk z tej samej serii, który na pewno znajdzie się w ulubieńcach listopada 🙂

WP_20151006_004

 

Aktywny żel do nóg zmęczonych

Dzisiaj chcę Wam przybliżyć produkt, który nie do końca jest kosmetykiem, bliżej mu do leku ze względu  na możliwość zakupu w aptekach i przynoszoną ulgę zmęczonym nogom. Uznałam jednak, że warto się z nim zapoznać, zwłaszcza teraz, kiedy na zewnątrz jest upalnie.

WP_20150724_008
Aktywny żel do nóg zmęczonych i obolałych, o działaniu kojącym i odświeżającym produkowany jest przez Donum Naturea II S.C. (sama nie wiem po co ta informacja 😉 ), a jego producent na opakowaniu informuje nas, że produkt:

„Zawiera bogaty we flawonoidy naturalny wyciąg z kasztanowca, miłorzębu i babki lancetowatej, które działają przeciwzapalnie i przeciwobrzękowo.
Poprawia ukrwienie skóry, uszczelnia drobne naczynka krwionośne zmniejszając ich skłonność do pękania. Szybko usuwa zmęczenie i daje uczucie odprężenia. Intensywnie nawilża skórę, skutecznie łagodzi podrażnienia i zapobiega ich powstawaniu.”

Jeśli chodzi o cenę tego produktu,to kupiłam go w aptece za 7,90 zł, zaś jego regularna cena to około 15 zł. W tej cenie otrzymujemy przezroczysty żel w dosyć miękkiej tubie o pojemności 200 ml.

WP_20150724_009

Nie obiecywałam sobie wiele po tym żelu, ponieważ choruję na przewlekłą niewydolność żył i jedyne co mogę zrobić to nie zapominać o zażywaniu leków przeciwzakrzepowych. Żadne maści, kremy czy inne produkty nie mają wpływu na moje schorzenie, ale mogą przynieść ulgę, zwłaszcza w upalne dni. No i na tym polu żel sprawdza się bardzo fajnie. Skład produktu jest dosyć krótki, zaledwie 8 pozycji, a wśród nich wyciąg z kasztanowca, miłorzębu i babki lancetowatej oraz chłodzący mentol. To wszystko sprawia, że w ciągu kilku minut po aplikacji czuję się, jakby ktoś zabrał wielki ciężar z moich nóg, a poprzez delikatne chłodzenie ból przestaje być odczuwalny, a ewentualne obrzęki zmniejszają się. Muszę przyznać, że przy regularnym stosowaniu (czyli przynajmniej raz dziennie) upały nie doskwierają mi aż tak i nogi bolą mnie zdecydowanie rzadziej. Żel sam w sobie jest przezroczysty, bez jakiegoś wyraźnego zapachu,  stosunkowo szybko się wchłania, jest wydajny i nie pozostawia plam na ubraniach. Jedyny minus to delikatna lepkość na skórze, którą po sobie pozostawia, ale jest to do zaakceptowania, bo w zamian dostajemy ulgę 🙂 Spokojnie, z czystym sumieniem mogę polecić ten produkt każdej osobie, która wykonuje siedzącą pracę i odczuwa dolegliwości z tym związane. Na pewno kupię go ponownie i myślę, że warto go mieć na swojej półce.

Evree Max Repair Regenerujący krem do stóp

Zacznę bez zbędnych ceregieli: znalazłam ideał! 🙂 Jest to najlepszy krem do stóp, jakiego miałam okazję używać i na chwilę obecną nie ma produktu, który mógłby zastąpić regenerujący krem do stóp od Evree.

WP_20150724_017
Opis producenta

„Regenerujący krem do stóp do bardzo suchej i szorstkiej skóry. Rezultat: Zaraz po zastosowaniu skóra będzie intensywnie nawilżona, bardziej elastyczna i aksamitna w dotyku. Po regularnym kilkudniowym stosowaniu pozbędziesz się uczucia spierzchniętej i szorstkiej skóry. Formuła kremu: Składniki aktywne alantoina, d-pantenol i proteiny jedwabiu błyskawicznie wygładzają, nawilżają i regenerują skórę. Dzięki zawartości wosku pszczelego i urea stopy są niezwykle miękkie, gładkie i zadbane. Zawarty w kremie naturalny lawendowy olejek eteryczny ma działanie bakteriobójcze i grzybobójcze, łagodzi podrażnienia oraz działa odświeżająco. Przebadany dermatologicznie.”

Krótko podsumuję: to wszystko prawda! 🙂

Opakowanie

Krem dostępny jest w miękkiej tubce o pojemności 75 ml. Małe, poręczne i dzięki zatrzaskowi zamiast zakrętki, bardzo wygodne w użyciu.

Zapach i konsystencja

Krem ma delikatny zapach lawendy, a jego konsystencja jest nieco bardziej zwarta niż na przykład balsam do ciała. To o czym muszę wspomnieć i pisze o tym równiez producent na opakowaniu- krem ma bardzo wydajną formułę, dzięki czemu wystarczy wycisnąć niewielką ilość kremu (wielkości orzecha laskowego), aby wysmarować całą stopę ze wszystkich stron. Produkt bardzo łatwo się rozprowadza i dosyć szybko wchłania.

Działanie

Krem Max Repair intensywnie nawilża, regeneruje i zmiękcza skórę. Naprawdę już po pierwszym użyciu efekty są widoczne i odczuwalne, a przy stosowaniu 2 razy dziennie, już po tygodniu widzę w jak dobrym stanie są moje stopy. Miękkie, gładkie i bardzo zregenerowane. Dodatkowo olejek lawendowy zawarty w kremie odświeża i działa bakteriobójczo, za co ogromy plus. Kupuję kremy do stóp niemalże nałogowo, bo nigdy nie jestem dostatecznie zadowolona z ich stanu, ale na ten moment dosyć kupowania co popadnie- znalazłam produkt idealny i dla uzupełnienia dokupię również peeling do stóp z tej serii. Wszystkie inne niedokończone kremy, maski, balsamy do stóp wkładam między bajki- ten jest dla
mnie rewelacyjny i jestem bardzo zadowolona z tego zakupu.

Cena

Krem kupiłam w Rossmannie za około 7 zł, obecnie również jest na niego promocja i kosztuje 6,99 zł (do 30.07.2015). Cena regularna jest niewiele wyższa (9,49 zł).

Reasumując

TAK! TAK! i jeszcze raz TAK! 🙂 Jest to kolejny produkt z Evree, który dosłownie wzbudza mój zachwyt, w najbliższym czasie będę również pisała o balsamie do ciała oraz kremie do rąk (oba produkty z tej serii w niebieskich opakowaniach). Mam nadzieję, że się na niego skusicie, bo naprawdę warto 🙂

Biovax Intensywnie regenerująca maseczka do włosów słabych

Wracam do Was dzisiaj z recenzją intensywnie regenerującej maseczki do włosów słabych ze skłonnością do wypadania z firmy Biovax. Kupiłam ją pod koniec kwietnia i od tego czasu używam regularnie, zatem po blisko 3 miesiącach stosowania jestem gotowa, aby trochę Wam o niej opowiedzieć.

WP_20150724_001
Opis producenta

Pozwolę sobie w tym miejscu pokazać Wam zdjęcia opakowania, ponieważ wszystkie niezbędne informacje zostały na nim umieszczone, za co wielki plus ode mnie.  Zazwyczaj pełne informacje możemy znaleźć na stronie producenta lub na dodatkowym tekturowym opakowaniu, które ląduje w koszu. Tutaj mamy wszystko pod ręką.

WP_20150724_003
WP_20150724_004
WP_20150724_005
WP_20150724_006

WP_20150724_007

Opakowanie

Maskę otrzymujemy w dużym plastikowym opakowaniu o pojemności 500 ml. Wiem, że dostępna jest również w mniejszym – 250 ml oraz jednorazowych saszetkach, niestety nie wiem jaką mają pojemność. Całość zapakowana jest w kartonowe pudełko, a w środku dołączony jest foliowy czepek z gumką. Opakowanie ma wieczko na zatrzask- zdecydowanie bardziej wygodne niż gdyby była tam zakrętka. Wieczko początkowo było przytwierdzone do całości, niestety moje już jest osobno (oderwało się), a szkoda, bo było to bardzo wygodne.
Jak widać na zdjęciach,  wygląd opakowania jest bardzo prosty i estetyczny, pozostający w naturalnej kolorystyce (brąz i zieleń).

Zapach i konsystencja

Maska jest w lekko niebieskawym kolorze (zdjęcie nie do końca to oddaje), o dosyć kremowej i zwartej konsystencji, nie spływa z włosów, ani „nie ucieka” z rąk, przez co aplikacja przebiega bezproblemowo. Zapach nie przypadł mi do gustu, jak dla mnie pachnie trochę jak szare mydło i niestety ten zapach utrzymuje się przez jakiś czas na włosach. Ale znalazłam na to sposób. Po zmyciu maski nakładam olejek z Gliss Kur, którego zapach bardzo mi się podoba i który skutecznie niweluje zapach maseczki.

WP_20150724_002

Działanie

Tak jak wspomniałam na początku, stosuję tą maskę od około 3 miesięcy, z częstotliwością co 3 dni i muszę przyznać, że przynosi oczekiwane efekty. Maskę nakładam na lekko osuszone ręcznikiem włosy oraz na skórę głowy, następnie zakładam foliowy czepek i zawijam głowę ręcznikiem, aby utrzymać ciepło i dzięki temu wyciągnąć z maski najwięcej jak się da 🙂 Całość trzymam minimum 30 minut, jakiejś górnej granicy nie mam. Włosy co prawda nie przestały wypadać (taka ich natura), ale gubię ich zdecydowanie mniej niż przed rozpoczęciem kuracji. Mam wrażenie, że są bardziej sprężyste i nie tak łamliwe jak dotychczas. Już po jednym użyciu, włosy są błyszczące, gładkie i miękkie. Jednocześnie maska nie obciąża włosów, chociaż nakłada się ją również na skórę głowy. Włosy są nawilżone, lekkie, ale się nie puszą. Tutaj kolejny duży plus się należy.

Cena

Swoją maskę kupiłam w aptece i z tego co pamiętam zapłaciłam za nią około 22 zł za pojemność 500 ml. O ile się nie mylę, była objęta promocją, ale cena regularna to około 30 zł, więc nie ma dramatu, zwłaszcza, że dla mnie ten produkt jest rewelacyjny.

Reasumując

Moje włosy pokochały maskę Biovax i są nie do poznania od kiedy ją stosuję. Na pewno kupię ją ponownie i gorąco ją Wam polecam. Obietnice producenta u mnie zostały spełnione z czego jestem bardzo zadowolona. Jedynym minusem jaki mogę wskazać, to właśnie zapach, o którym wspominałam i niezbyt trwałe wieczko, które się urwało, ale powiedzmy sobie szczerze- czy w stosunku do efektu jaki dalej stosowanie tego produktu, są to na pewno duże wady? Według mnie to detale, które nie zmniejszą mojej miłości do tej maseczki 🙂

Gliss Kur Million Gloss

Dzisiaj chciałam Wam przedstawić produkt, którego używam już od dłuższego czasu i uważam, że warto na niego zwrócić uwagę. Olejek Gliss Kur Million Gloss trafił w moje ręce zupełnie przypadkowo, ponieważ otrzymałam go jako gratis przy zakupie szamponu i odżywki z tej serii i tak leżał sobie nietknięty do czasu, aż skończył mi się jedwab do włosów.

WP_20150702_003
Początkowo podchodziłam dosyć sceptycznie, bo po pierwsze nie przepadam za produktami Schwarzkopfa, po drugie wiem jakie kiepskie składy mają szampony i odżywki z Gliss Kura- nie czarujmy się- większość produktów drogeryjnych robi tylko tyle, że nasze włosy wyglądają na zdrowsze, są bardziej błyszczące, ale jest to wyłącznie powierzchowne działanie. No i co tu dużo gadać, z jedwabiami do włosów jest podobnie i nie będzie zaskoczenia, że z tym olejkiem również. Na zdjęciu poniżej możecie zobaczyć co pisze producent na temat tego kosmetyku:

WP_20150702_002
Olejku można używać na kilka sposobów,  ja jednak stosuję go tylko w taki sposób jak dotychczas jedwab- czyli kroplę olejku rozcieram w dłoniach i rozprowadzam na prawie całej długości mokrych włosów (nie nakładam tuż u nasady). Ciężko się nie zgodzić, że włosy są bardziej lśniące, wygładzone, łatwo je rozczesać. Dzięki opakowaniu z pompką produkt aplikuje się naprawdę łatwo. To co bardzo w nim lubię to przede wszystkim wysoka wydajność i bardzo przyjemny zapach oraz ułatwione rozczesywanie i tak jak wspomniałam sprawia, że włosy są wygładzone. Oczywiście mam pełną świadomość, że ten produkt w żaden sposób nie odżywia ani nie regeneruje moich włosów, jednak jest dobrym sposobem na szybkie sprawienie, że wyglądają zdrowo i nie widać, że końcówki w rzeczywistości są przesuszone. Czemu uważam, że jest lepszy niż jedwab? Z dwóch prostych przyczyn: po pierwsze wydajność, a po drugie nieporównywalnie większa wygoda podczas aplikacji produktu, jakość jest chyba porównywalna. Nie analizowałam składów, więc pod tym kątem się nie wypowiem.
Jeśli chodzi o produkty drogeryjne do włosów, nie traktuje ich poważnie (może poza paroma wyjątkami), ale właśnie jako kosmetyki, które szybko wizualnie poprawią stan moich włosów. Do faktycznej pielęgnacji i regeneracji wolę zdecydowanie szampony i maski apteczne. Ale ten olejek myślę, że jest wart uwagi, własnie jako taki awaryjny ratunek dla wyglądu naszych włosów.

A Wy stosujecie tego typu produkty, a jeśli tak o czy macie jakieś ulubione? A może miałyście okazję wypróbować ten konkretny olejek? Jestem ciekawa Waszych opinii i zachęcam do podzielenia się nimi w komentarzach 🙂

Yves Rocher Anti – Age Global krem na noc

Tak, wiem… trochę mnie tu nie było, a nawet mówiąc wprost- bardzo długo, za co najmocniej Was przepraszam. Tak się jakoś złożyło, że miałam wiele spraw na głowie i nie miałam czasu ani weny, aby pisać. Dziś wracam z nową recenzją, produktu, który z ręką na sercu mogę polecić. Nareszcie znalazłam odpowiedni dla mnie krem na noc z serii Anti – Age Global od Yves Rocher.

WP_20150629_001

Opis producenta

Bogaty krem na noc o innowacyjnej konsystencji. Łatwo się rozprowadza zostawiając na skórze ochronny, nietłusty film. Kosmetyk regeneruje skórę, wygładza zmarszczki, ujędrnia i wzmacnia strukturę skóry, odżywia i dodaje blasku.
Naukowcy z Laboratoriów Yves Rocher odkryli niezwykłą zdolność roślin do nieskończonej samoregulacji. Udało im się wyodrębnić z jeżówki roślinne komórki macierzyste określane mianem 4. generacji, które przeciwdziałają głównym oznakom starzenia się skóry. Komórki te są pozyskiwane w procesie stymulacji biologicznej – elicytacji, a następnie umieszczane w całości w formułach, co chroni ich strukturę i zapewnia maksymalną skuteczność w kremach. Komórki macierzyste stymulują naturalny proces odnowy komórkowej skóry, wzmacniając struktury kolagenu i kwasu hialuronowego w skórze.
+30% odnowy komórkowej jedynie w 6 dni!*
*testy in vitro”

Działanie

• Regeneruje skórę
• Wygładza zmarszczki
• Ujędrnia i wzmacnia strukturę
• Dodaje blasku
Składniki
• olejek z soi
• masło karité
• roślinne komórki macierzyste
• oligosacharydy z jabłka
• guma tara
• betaina
• żeń-szeń
• mangiferyna
Sposób użycia
Codziennie wieczorem na twarz i szyję omijając okolice oczu.
Aby zoptymalizować wchłanianie, przed nałożeniem na twarz rozgrzej krem w dłoni.

Opakowanie

Produkt standardowo otrzymujemy w słoiczku o pojemności 50 ml. Opakowanie jest bardzo proste i minimalistyczne, przypadło mi do gustu. Jak zwykle całość jest zapakowana w ofoliowany kartonik.

Zapach i konsystencja

Tutaj przede wszystkim skupię się na wydajności- krem ma zbitą, jedwabistą konsystencję, trochę kojarzącą mi się z musem. Rozprowadza się go rewelacyjnie i jest bardzo wydajny, naprawdę niewielka ilość w zupełności wystarcza na aplikację na całej twarzy. Zapach bardzo mi się podoba, jest subtelny i jak dla mnie przyjemny, w sam raz na noc. W kremie na dzień cenię roślinny, odświeżający zapach, a w tym na noc najbardziej lubię tą uspokajającą, relaksującą dla mnie woń. Oczywiście na pewno jest to kwestia indywidualnych upodobań każdego, ale wydaje mi się, że zapach jest na tyle nieagresywny, że nie powinien drażnić. Produkt rozprowadza się niezwykle łatwo i tak jak już wspomniałam, jest bardzo wydajny. Pierwsze opakowanie, które pomału zaczyna mi się kończyć zaczęłam używać około 11 kwietnia.

WP_20150629_002

Działanie

Krem jest bardzo treściwy, doskonale nawilża, skóra jest cudownie miękka i gładka, a drobne zmarszczki, które zauważyłam faktycznie są mniej widoczne. Twarz rano dosłownie jest pełna blasku, nawet jeśli mam za sobą niewiele snu. Produkt nie zostawia tłustego filmu, doskonale się wchłania i skóra wydaje się być gładsza zaraz po aplikacji, a po blisko 3 miesiącach stosowania, mogę z ręką na sercu powiedzieć, że rzeczywiście tak jest. Moja cera jest w zdecydowanie lepszej kondycji.

Cena

No cóż, tutaj nie mam dobrych wiadomości- krem krótko mówiąc jest drogi. Koszt jednego opakowania w cenie regularnej to 145 zł. Ja kupowałam go w promocji za 99 zł, jednak tym razem poszukałam na allegro i udało mi się go zamówić za 45 zł (oczywiście oryginalnie zapakowany). Cena jest wysoka, ale jak widać da się go kupić taniej.

Reasumując

Na pewno kupię go ponownie, zresztą już to zrobiłam, chociaż jeszcze w opakowaniu trochę kremu zostało, ale wolałam zrobić sobie zapas 🙂 Cena mnie nie odstrasza, produkt jest bardzo wydajny, spełnia obietnice producenta, doskonale wpływa na moja cerę- czego chcieć więcej? 🙂

Jestem ciekawa czy Wy używacie kremów na noc? A jeśli tak, to podzielcie się proszę swoimi ulubieńcami w komentarzach- jestem bardzo ciekawa Waszych faworytów 🙂

Yves Rocher, Sebo Vegetal Żel-krem przeciw niedoskonałościom

Mniej więcej miesiąc temu zaczęłam używać nowego kremu na dzień z serii Sebo Vegetal z Yves Rocher i myślę, że najwyższa pora podzielić się z Wami moimi wrażeniami, zwłaszcza, że już po pierwszej aplikacji miałam ochotę napisać na blogu, że mam przeczucie, że będzie hit 🙂 Postanowiłam jednak nie podniecać się na zapas i rzetelnie go przetestować- jeżeli jesteście ciekawe zostańcie ze mną 🙂

 

WP_20150511_005

 

Opis producenta

Żel-krem to sekret gładkiej i równomiernej powierzchni skóry. Absorbuje nadmiar sebum, ściąga pory, wygładza nierówności i nawilża przez 24h. Dzięki formule żelu pozostawia na twarzy uczucie odświeżenia i oddychającej skóry.
Gama Sebo Végétal powstała z myślą o osobach, które borykają się z problemem błyszczenia skóry oraz jej nieregularnej powierzchni a także niedoskonałości zlokalizowanych głównie w strefie T.( zaskórniki, rozszerzone pory, sporadycznie wypryski). Składnikiem aktywnym zawartym w kosmetykach jest puder bajkalski pochodzący z roślinnych upraw. Puder pozyskiwany jest w naturalnym procesie z korzenia tarczycy bajkalskiej i wykorzystywany ze względu na swoje właściwości regulujące i oczyszczające.

Opakowanie

Krem otrzymujemy w szklanym, przezroczystym słoiczku o pojemności 50 ml, a całość zapakowana jest oczywiście w zafoliowany kartonik.
Jeśli chodzi o sam wygląd opakowania, to jak zawsze Yves Rocher, trafia w moje gusta. Prosty i estetyczny design- to mi wystarczy.

Zapach i konsystencja

Pewnie już kiedyś wspominałam, że zapachy produktów Yves Rocher bardzo mnie urzekają, są cudownie roślinne i świeże- nie inaczej jest tym razem. Nie bardzo jestem w stanie nazwac ten zapach inaczej niż ‚roślinny’, ale jeśli kiedykolwiek miałyście jakiś produkt tej firmy, na pewno wiecie co mam na myśli. Jeśli chodzi konsystencję, to jest zbita i przypomina trochę masło do ciała, doskonale się rozprowadza i wchłania i wyraźnie czuć lekkość tego produktu, pomimo treściwej konsystencji. Taka, a nie inna forma sprawia, że krem jest niesamowicie wydajny.

 

WP_20150511_006

 

Działanie

Zgodnie z tym, co mówi producent, ten krem na prawdę świetnie się sprawdza jako baza pod makijaż, ponieważ wygładza powierzchnię skóry prawie tak jak silikonowa baza, z tą różnicą, że baza zapycha, a ten krem doskonale wpływa na moją cerę, ma jak dla mnie same plusy. Doskonale i długotrwale matuje i jednocześnie nawilża! Nie spodziewałam się takiego efektu i muszę przyznać, że ten produkt przerósł moje oczekiwania. Gdyby nie to, że nie mam równomiernego kolorytu cery i mam kilka rzeczy do ukrycia, nałożenie kremu było by ostatnim etapem ‚makijażu’ przed wyjściem z domu. Jak wspomniałam super się sprawdza jako baza, próbowałam na nim czterech różnych podkładów i żaden się nie rolował, ani nie działy się, żadne niepożądane rzeczy, bardzo szybko się wchłania, więc właściwie w kilka chwil po aplikacji kremu można przystąpić do nakładania podkładu. Używam go codziennie, również wtedy kiedy się nie maluję wcale i w tej sytuacji również daje radę- idealnie matuje skórę na wiele godzin. Ostatnio moją zmorą, jako posiadaczki cery tłustej, są coraz cieplejsze dni i powiem szczerze, że z tym kremem jestem gotowa nawet na najgorsze upały- wiem, że się sprawdzi. Drobne niedoskonałości znikają, a i nowe jakoś nieszczególnie się pojawiają. Warto również wspomnieć, że krem nie ma w składzie parabenów, olejów mineralnych, silikonów ani barwników, a jego głównym składnikiem jest puder z tarczycy bajkalskiej, który producent opisuje następująco: „potężne źródło oczyszczające, które przywraca skórze mieszanej i tłustej jednolitość i doskonałą matowość.”

Cena

W chwili obecnej na stronie Yves Rocher można go kupić za 26,90 zł, a jego cena regularna to 39 zł. Jak dla mnie, za krem o tak idealnie dopasowanym do moich potrzeb działaniu, cena jest bardzo przystępna. Jestem przekonana, że nawet, gdyby kosztował więcej kupiłabym go ponownie. Jest jak najbardziej wart swojej ceny.

Reasumując

Cudowny zapach, długotrwały mat, wygładzenie, skóry, nawilżenie, zniwelowanie niedoskonałości- jak dla mnie ideał! Na pewno będę próbowała jeszcze innych produktów z tej serii.

Pielęgnacja twarzy olejami

Na początku grudnia zeszłego roku pisałam Wam wstępnie o pielęgnacji twarzy olejami i dziś, po 5 miesiącach stosowania, uznałam, że najwyższa pora podzielić się z Wami moimi spostrzeżeniami. Jeżeli jesteście ciekawe czy u mnie ta metoda się sprawdziła i czy mam zamiar kontynuować, zapraszam do lektury.

oils-740177_640

 

Jak już wiecie z poprzedniego wpisu używam obecnie mieszanki oleju ze słodkich migdałów, avocado i rycynowego. Wszystkie oleje i bardzo wygodną buteleczkę z pompką kupiłam TUTAJ .

WP_20150103_001

Oczywiście wybór olejów też nie jest bez znaczenia, ja ten mój pierwszy wybór skopiowałam od Katosu, której filmik zachęcił mnie do tego typu pielęgnacji, ale gdy wykończę moje olejki (tak, od 5 miesięcy te same) mam w planach już zakup innych. W między czasie wykonałam poszukiwania na własną rękę i znalazłam dużo informacji na temat olejów, które będą najlepsze dla mojej skóry.
Poniżej przedstawiam proponowane oleje, które najlepiej się sprawdzają przy poszczególnych rodzajach cery:

CERA TŁUSTA/TRĄDZIKOWA/MIESZANA:
jojoba, słonecznikowy, abisyński, arganowy, konopny, lniany, sojowy, z czarnuszki siewnej, z krokosza barwierskiego, z nasion bawełny, z nasion malin, z nasion truskawki, z owoców róży, z róży piżmowej, z pachnotki, z nasion czarnej maliny, zielonej kawy, z pestek arbuza, z pestek bzu czarnego, z wiesiołka, monoi, jeżynowy, winogronowy.

CERA SUCHA ORAZ DOJRZAŁA:
 awocado, kokosowy, masło shea, lniany, makadamia, z kiełków pszenicy, jojoba, lnianki siewnej, abisyński, z męczennicy, z nasion baobabu, z nasion czarnej porzeczki, z nasion malin, z nasion papai, z nasion truskawki, z ogórecznika lekarskiego, z orzecha włoskiego, z orzechów laskowych, z pachnotki, z pestek arbuza, z pestek bzu czarnego, z pestek dyni, z pestek śliwki, z rokitnika, z wiesiołka, z nasion czarnej maliny, z zielonej kawy, z pestek moreli, ze słonecznika, ze słodkich migdałów, macerat, monoi, z opuncji figowej, z amarantusa.

Oczywiście są to tylko propozycje przygotowane na podstawie stosunku zawartości kwasów tłuszczowych w olejach (skóra ze skłonnością do zapychania powinna dostawać olej z najmniejszą zawartością kwasów tłuszczowych) i u mnie na przykład, chociaż mam cerę tłustą, olej ze słodkich migdałów świetnie się sprawdził. Tak więc nie ma reguły.

Ale do rzeczy- jak wygląda moja pielęgnacja olejami? 
Przede wszystkim używam mojej mieszaniny olejów do demakijażu bez zmywania ‚wstępnego’ mleczkiem czy płynem micelarnym- zapewniam, że jest to zupełnie zbędne i nawet ja się przekonałam, gdzie zawsze  poza demakijażem wykonanym w tradycyjny sposób, myłam jeszcze twarz, aby mieć poczucie czystej i odświeżonej skóry. Na dzień dzisiejszy pielęgnacja olejami sprawdza się doskonale i mi wystarcza. W pierwszej kolejności myję ręce, następnie aplikuję 1 – 2 pompki olejków, rozcieram je w dłoniach i dokładnie wmasowuję w całą twarz (oprócz oczu- do usuwania tuszu z rzęs używam płynu micelarnego). W momencie, gdy cała twarz jest dokładnie pokryta mieszaniną, nakładam na twarz mały ręcznik wcześniej zmoczony w gorącej wodzie. To bardzo ważne, aby ręcznik, był gorący/ciepły, ponieważ pod wpływem ciepła pory otwierają się, dzięki czemu łatwiej jest oczyścić dokładnie całą twarz, a ponadto wszystko co dobre w olejkach ma szansę realnie zadziałać na naszą skórę. Ten ciepły ręcznik trzymam na twarzy przez kilka minut, a następnie ruchem ścierającym zbieram za pomocą ręcznika rozpuszczony przez olej makijaż. Potem płuczę ręcznik dokładnie w ciepłej wodzie i powtarzam czynność. Po zakończonym demakijażu spłukuję twarz chłodną wodą i zmywam na koniec tusz z rzęs za pomocą mojego ulubionego płynu micelarnego. Na koniec wklepuję krem pod oczy i krem na noc, o których niebawem zamierzam Wam opowiedzieć oczywiście.

Jakie są moje odczucia, po blisko 5-miesięcznym stosowaniu?

Mówiąc krótko: bardzo pozytywne. Przyznam szczerze, że nie sądziłam, że demakijaż mieszaniną kilku olejków, będzie w stanie zastąpić „tradycyjne szorowanie” czy to wodą i żelem do mycia twarzy czy mleczkiem lub płynem micelarnym- no i na szczęście pomyliłam się. Moja skóra jest wyraźnie lepiej nawilżona, a co za tym idzie w ciągu dnia nie wytwarza tak dużo sebum, powiedziałabym, że unormowała się ta kwestia. Pory są mniej widoczne (regularnie robię sobie dodatkowo parówki ziołowe, aby pory dokładnie oczyścić, ale o tym innym razem), a cera uspokoiła się, znaczniej mniej obszarów twarzy jest zaczerwienionych, a skóra ma bardziej jednolity odcień. Oczywiście zaczerwienienia nadal występują (u mnie najbardziej w okolicach nosa), ale nie są tak rażąco czerwone. Rzadziej pojawiają się jakieś wypryski, a skóra jest bardziej sprężysta i miękka. Polecam pielęgnację twarzy tą metodą, u mnie się sprawdziła i już szykuję się do zakupu następnych olejków. Tym razem będzie to olejek arganowy, z nasion czerwonej maliny i z nasion truskawki.

Ciekawa jestem czy któraś z Was stosuje również pielęgnację olejami? Pod pierwszym wpisem na ten temat pojawił się komentarz Marii, że u niej akurat ta metoda nie do końca się sprawdziła- a jak jest z Wami? Znacie? Stosujecie? Za jakiś czas będę też pewnie pisała o olejowaniu włosów, którego również jestem fanką, ale to już na pewno będzie osobny długi wpis 🙂 Pozdrawiam Was bardzo serdecznie i życzę słonecznego weekendu- łapcie witaminę D na słoneczku 🙂

Montagne Jeunesse Face Food – maseczka rewitalizująca z ogórkiem i jabłkiem

Dzisiaj trochę Wam poopowiadam o jednej z moich ulubionych maseczek, nie jest to żaden nowy produkt, ale godny polecenia i bardzo chętnie do niego wracam (jak również do pozostałych z tej serii).  Wspominałam o moich ukochanych maseczkach w poście o ulubieńcach roku 2014 , obiecując, że niebawem pojawi się recenzja, no i właśnie nadszedł ten czas 🙂

WP_20150416_002
Opis producenta

„Ożywi Twoja skórę oraz usunie zanieczyszczenia dzięki ekstraktom z ogórka i jabłka. Naturalne składniki nawilżą, ukoją i odświeżą Twoja skórę. Odpowiednia dla każdego rodzaju cery.”

Jak widać opis nie jest jakoś szczególnie wylewny, ale muszę przyznać, że maseczka broni się sama, bez kwiecistych opisów na opakowaniu.

Skład

Aqua – woda
Kaolin –  inna nazwa: glinka biała, glinka porcelanowa- zawiera wiele mikroelementów (głównie krzem, glin, żelazo, magnez, cynk i wapń) oraz sole mineralne. Jego pielęgnacyjne właściwości są znane i wykorzystywane od dawna. Jako wypełniacz w kosmetykach kaolin jest polecany przede wszystkim dla cery tłustej i mieszanej, z nadmierną produkcją sebum. Doskonale wchłania sebum a zawarty w nim glin powoduje ściąganie porów. Jest miękki i jedwabisty, ułatwia rozprowadzanie kosmetyków.
Glycerin– utrzymuje wilgoć, wygładza skórę, jednak stosowana w kosmetyce w stężeniu wyższym niż 30% może powodować wysuszenie i       podrażnienie skóry. Nie wiem w jakim stężeniu występuje w maseczce, z tego względu zaznaczam ten składnik pół na pół.
Bentonite  – zagęstnik. Oznaczam go na niebiesko, bo znajduję sprzeczne informacje na temat tego składnika- może Wy znacie jakieś konkrety na jego temat?
Magnesium aluminum silicate – zagęstnik.
Cucumis sativus (cucumber) fruit extract – ekstrakt z ogórka
Pyrus malus (apple) fruit extract – ekstrakt z jablka
Aloe barbadensis (aloe vera) leaf juice – sok z aloesu
Nelumbo nucifera (lotus blossom) flower extract – ekstrakt z kwiatu lotosu
Oenothera biennis (evening primrose) seed extract – ekstrakt z nasion wiesiołka
Panax ginseng root extract – ekstrakt z żeń-szenia
Passiflora incarnata (Passionflower) flower extract – ekstrakt z męczennicy cielistej
Cocoglycerides– ułatwia powstanie emulsji. Oznaczam go na czerwono, ponieważ stosowany na skórę w stanie czystym może powodować powstawanie zaskórników.
Sea salt (Dead Sea salt)– sól z morza martwego
Glucose– glukoza, cukier prosty, wykazuje działanie nawilżające
Parfum (Fragrance) – substancje zapachowe
Xanthan gum– stabilizator emulsji
Allantoin– wygładza, łagodzi podrażnienia
Helianthus annuus (Sunflower) seed oil– olej z nasion słonecznika
Propylene glycol– za zadanie ma utrzymywanie wilgoci, jednak może wywoływac alergię i stosowany w wyższym stężeniu podrażniać.
Hamamelis virginiana (Witch hazel) leaf extract – wyciąg z liścia oczaru wirginijskiego
Tocopheryl (Vitamin E) acetate – witamina E otrzymywana syntetycznie, zwalcza wolne rodniki, wygładza zmarszczki, wzmacnia barierę naskórkową.
Lactoperoxidase – przyznam szczerze, że nie wiem i nie mogę znaleźć sensownego objaśnienia działania tej substancji. Jeśli coś wiecie na ten temat, podzielcie się proszę w komentarzach.
Citric acid – kwas cytrynowy, usuwa przebarwienia, rozjaśnia skórę, zwiększa trwałość kosmetyku.
Glucose oxidase – tutaj chyba również brak mi wiedzy na ten temat, ale pocieszam się tym, że to już prawie ostatnie miejsce w składzie.
CL 75810– jest to barwnik, ale oznaczam na niebiesko, ponieważ nie wiem czy i ewentualnie jaki ma wpływ na naszą skórę.

Jak widać w składzie pojawia się trochę chemii, ale zdecydowana większość to składniki naturalnego pochodzenia i mające dobry wpływ na naszą skórę.

Opakowanie

Produkt jest sprzedawany w podwójnych saszetkach o pojemności 6 g każda. Można je łatwo otworzyć, nawet mokrymi dłońmi i nie miałam także żadnych problemów z wydobyciem całej maseczki z opakowania. Ja zużywam jedną saszetkę na raz, ale znam osoby, którym spokojnie wystarcza taka ilość na dwa użycia.  Na odwrocie opakowania jest umieszczona etykieta z opisem produktu i sposobem użycia w języku polskim.

WP_20150416_003Zapach i konsystencja

Maseczka jest jasno zielona (taki bardziej pastelowy odcień) i super pachnie jabłuszkiem. Dla niektórych osób ten zapach może wydawać się zbyt chemiczny, ale jak wiadomo, jest to kwestia indywidualnych upodobań. Maseczka jest gęsta, nie spływa i nie rozlewa się, bardzo łatwo ją rozprowadzić. produkt trzymamy na twarzy przez około 10-15 minut, do całkowitego wyschnięcia – mnie często się zdarza nie pilnować sobie czasu i trzymać ją nawet 20 minut czy dłużej, ale nigdy nie miałam z tego tytułu żadnych podrażnień.

 

WP_20150416_005

 

Działanie

Zgodnie z opisem producenta jest to maseczka rewitalizująca i faktycznie po jej zastosowaniu czuję i widzę, że moja skóra jest jakby bardziej wypoczęta, nabiera kolorów, nie jest taka zmęczona. Zazwyczaj robię sobie raz w tygodniu parówkę z ziół, aby oczyścić pory, a następnie nakładam maseczkę, więc mam podwójny efekt, ale nawet, gdy stosowałam ją samodzielnie rezultaty były widoczne. Po zmyciu maseczki skóra jest lekko zmatowiona i odżywiona, nie ma tez uczucia nieprzyjemnego ściągnięcia, które często towarzyszy tego typu produktom.

 

Cena

Za podwójną saszetkę płaciłam w Douglasie 4,50 zł, ale wiem, że można je kupić nawet za 3 zł.

Reasumując

Maseczki z Montagne Jeunesse kupowałam, kupuje i będę kupować. Ze wszystkich, które miałam okazję wypróbować byłam zadowolona i polecam je znajomym. Jedyna, której unikam, to ta z orzechami włoskimi (jestem uczulona), ale słyszałam, że też nieźle się sprawuje. Szczerze mówiąc wolę takie maseczki w jednorazowych opakowaniach, bo zawsze mogę kupić sobie kilka różnych, no i nie ma ryzyka, że składniki aktywne nie zrobią swojego przy kolejnym użyciu już otwartego opakowania (tak jak często to ma miejsce w produktach pełnowymiarowych). Polecam i Wam ta konkretną maseczkę i zachęcam do wypróbowania również innych z tej serii, za niewielkie pieniądze można sobie sprawić chwilę przyjemności i zadbać o swoją skórę.

Perfecta SPA – domowy manicure

Hej dziewczyny 🙂 Dzisiaj miałam beznadziejny dzień- od samego rana byłam poirytowana dosłownie wszystkim, cały dzień w pracy nie do zniesienia, w domu do zrobienia na obiad pyszne penne z czerwonym pesto i tutaj niespodzianka godna całego dnia- blender pozostawiony w garnku z pesto wywalił się i zapaprał całą kuchnię czerwona pastą, potem rozsypany na całą kuchnię makaron, a na koniec wisienka na torcie: docieram na fitness, otwieram torbę i … okazuje się, że mój bidon z wodą otworzył się zalewając wszystko! Więc na pocieszenie kupiłam mój ulubiony zabieg regenerujący do dłoni z Perfecty i piwko 🙂 Jak się domyślacie, opowiem Wam o tym pierwszym.

WP_20150420_002
To, co przede wszystkim lubię, to forma podania- produkt dostajemy w podwójnej saszetce jednorazowego uzytku. W pierwszej części mamy szafirowy peeling do rąk, a w drugiej maskę-serum i wszystko to w bardzo przyjemniej cenie- niespełna 1,50 zł. Ja kupuję ten zestaw w Auchan, ale podejrzewam, że nie ma większego problemu z dostępnością,a i cena będzie zbliżona.

Peeling, jak zapewnia producent, zawiera sproszkowany szafir, ciekłą parafinę, masło ze skórki pomarańczowej, glicerynę i alantoinę. Przyznam od razu bez bicia- nie wiem, nawet nie spojrzałam na skład 🙂 (ach! jak profesjonalnie z mojej strony).

Produkt jest biały, w konsystencji przypomina krem, zdradzają go tylko dobrze wyczuwalne drobinki złuszczające.

WP_20150420_005
Produkt nakładamy na mokre dłonie i masujemy przez około 5 minut.

WP_20150420_004

Ponieważ saszetka ZAWSZE urywa się krzywo, bardzo łatwo dostać się do środka i wykorzystać cały kosmetyk. Ścieranie jest mocne, konkretne- takie jak lubię najbardziej, skóra po tym peelingu jest idealnie gładka i przyjemna w dotyku. Bardzo lubię zapach tego produktu- słodki z wyczuwalną nuta pomarańczy- długo utrzymuje się na dłoniach, co uważam za plus, ale wiadomo- jest to kwestia bardzo indywidualna.

Serum- maska, jest z kolei produktem, co do którego za każdym razem mam mieszane uczucia, ale o tym za moment. Pachnie dokładnie tak samo jak peeling, tworząc z pierwszym produktem spójną całość. Ma konsystencję przypominającą lekkie mleczko do ciała.

 

WP_20150420_007

Tak, wiem, na zdjęciach oba produkty wyglądają identycznie i rzeczywiście tak jest- peeling od maski odróżnimy tylko dzięki drobinkom ścierającym. Maskę rozprowadzamy na dłoniach i pozostawiamy na około 15-20 minut, pozostały produkt należy wsmarować w dłonie … i tutaj zaczynają się moje mieszane uczucia. I nie chodzi o to, że parafinowego produktu nie da się ot tak wsmarować i długo pozostawia śliską warstwę na skórze. Najbardziej drażni mnie to, że maska robi się klejąca wraz z upływającymi minutami i efekt jest taki, że, gdy wchłonie się całkowicie (po upływie nieskończoności) idę spłukać ręce wodą, bo ta lepkość jest dla mnie nie do zniesienia.

WP_20150420_003

Reasumując

Bardzo lubię ten zabieg regenerujący z Perfecty, peeling uwielbiam, maskę lubię do momentu wysychania. Nie jest to pierwszy raz kiedy kupuję ten zestaw i pewnie kupię go jeszcze nie raz. Dłonie są bardzo miękkie, dobrze przygotowane na dalsze zabiegi (usuwanie skórek, piłowanie paznokci itd. ), pięknie pachną i są gładkie. Lepkość maski jest drażniąca, ale coś jednak sprawia, że kupuję ten produkt w kółko i używam minimum raz w tygodniu. Cena jest bardzo niska, więc zachęcam Was do wypróbowania tego kosmetyku i podzielenia się wrażeniami. Ja na pewno kupię szafirowy peeling  i maskę jeszcze nie raz i ten jeden minus nie ma dużego wpływu na moją końcową opinię o produkcie.

Geomar – zmiękczający peeling do ciała

Dziewczyny! Znalazłam ideał! Nie zdarzyło mi się, żeby 10 minut po pierwszym użyciu pisać recenzję produktu i w dodatku taką, która będzie jedną wielką laurką 🙂 Od razu z góry zapewniam, że nikt mi nie zapłacił za to, co za chwilę przeczytacie 🙂

Mam zaszczyt przedstawić Wam zmiękczający peeling do ciała o uwodzicielskim zapachu truskawki. Kupiłam go dzisiaj w Douglasie za cenę niemałą i w drodze do domu miałam ogromne wyrzuty sumienia, że zapłaciłam tyle za zwykły scrub do ciała. W moich myślach nawet padło stwierdzenie „bezmyślna durnoto, to samo będziesz miała robiąc domowy peeling”… Spieszę wyjaśnić jak to się  stało, że wyrzuty sumienia zniknęły i absolutnie nie żałuję tego zakupu. Ba! powiem więcej, na pewno kupię go ponownie, bo jest znakomity. A peelingi domowe, chociaż byłam ich wielką fanką, mogą się schować.

WP_20150415_006

Opis producenta

 

Truskawkowy, zmiękczający peeling do ciała to produkt złuszczający, który delikatnie usuwa martwe komórki i zanieczyszczenia skóry, pozostawiając ją miękką, gładką i nawilżoną. Składniki naturalnego pochodzenia (sól morska i piasek wulkaniczny) wraz z witaminami i ekstraktem z truskawek (naturalnie bogatym w antyoksydanty) pomagają redukować widoczne oznaki upływającego czasu. Działanie składników aktywnych: Sól morska i piasek wulkaniczny oraz pestki truskawek– odnawiają skórę poprzez delikatne działanie złuszczające; Olejek jojoba i olejki zmiękczające– odżywiają skórę pozostawiając ją miękką w dotyku; Ekstrakt z truskawek– optymalizuje naturalny odcień i witalność skóry, Oligoelementy z Morza Martwego– przywracają blask i sprężystość skórze. Podczas aplikacji unoszą się świeże i soczyste nuty zapachowe truskawki, pozostawiając skórę otuloną słodkim i smakowitym zapachem.

Cóż mogę powiedzieć oprócz tego, że TO WSZYSTKO PRAWDA! 🙂

WP_20150415_007
Opakowanie

Produkt otrzymujemy w plastikowym, zakręcanym słoiczku o pojemności 600 g. Przed wylaniem się produktu w drodze ze sklepu do domu zabezpieczała przezroczysta folia. Do kosmetyku dołączona jest niewielka, plastikowa szpatułka, która służy do mieszania produktu, ponieważ składniki ścierające osiadają, a na powierzchni pozostaje część „wodna”. Po dokładnym wymieszaniu produkt jest gotowy do użycia. Jeśli chodzi o design opakowania, to niezbyt przypadł mi do gustu, ale tutaj doskonale sprawdza się powiedzenie: „liczy się wnętrze”.

WP_20150415_008

Zapach i konsystencja

Częściowo opowiedziałam już o konsystencji, ale dopowiem jeszcze, że po wymieszaniu peeling jest gęsty i treściwy. Dodatkowo jest bardzo wydajny, bo już niewielka ilość wystarczy, aby dokładnie zedrzeć niepotrzebny nam do niczego, martwy naskórek. Jeśli chodzi o zapach, to jest obłędny! Gdyby nie fakt, że to scrub do ciała, spokojnie można by go wziąć za sorbet truskawkowy. Cudowny jest ten zapach, chyba właśnie przez to, że nie jest ani trochę chemiczny. Dla mnie pachnie latem i owocowym orzeźwieniem. Bardzo żałuję, że technologia jeszcze nie pozwala mi na przekazanie Wam tego wspaniałego zapachu.

WP_20150415_009

Działanie

Peeling Geomar rewelacyjnie zmiękcza skórę, nawilża, doskonale usuwa martwy naskórek. Robi dokładnie to, co powinien robić dobry scrub, ale od innych peelingów odróżnia go także to, że daje sobie radę nawet ze stopami. Nie ukrywam, że mam manię jakąś dotyczącą stanu moich stóp i rzadko kiedy czuję się usatysfakcjonowana po wszelkich zabiegach pielęgnacyjnych, dalej są dla mnie zbyt twarde. Pierwszy raz dzisiaj określiłam je mianem „mięciutkich stóp”! To, że jestem usatysfakcjonowana działaniem tego peelingu to za mało powiedziane, jestem nim zachwycona! Moje stopy już po jednym użyciu są cudownie miękkie, gładkie, jedwabiste w dotyku, no po prostu REWELACJA! 🙂
Może wyda Wam się dziwne, że tak się skupiam na stopach, a piszę o peelingu do ciała. Jest tak dlatego, że jest to dla mnie najbardziej problematyczna część ciała i jeśli tu zobaczyłam tak spektakularny efekt, to jestem przekonana, że ten scrub poradzi sobie ze wszystkim. Żaden peeling domowej roboty (kawowy czy cukrowy) nie może się równać z tym produktem. Bardzo gorąco wam go polecam, jestem pewna, że bardzo Was zadowoli 🙂

Cena

Tak jak wspomniałam na początku, nie jest mała, wręcz może się wydawać absurdalna, ale zapewniam, że warto. Kupiłam go dzisiaj w Douglasie za 49 zł, jego cena regularna to 69 zł.

Reasumując

Cudo! Tak jednym słowem mogę określić ten kosmetyk. Na pewno go jeszcze kupię, chociaż patrząc na ilość jaką dzisiaj zużyłam i pojemność opakowania, nie sądzę, żeby prędko się skończył.

 

A Wy znacie ten produkt? Zdarzyła Wam się kiedyś taka kosmetyczna miłość od pierwszego wejrzenia? Zachęcam do komentowania i jestem bardzo ciekawa Waszych opinii i historii kosmetycznych miłości 🙂

Maseczka z płatków owsianych

Przypomniałam sobie wczoraj o bardzo przyjemnej i taniej maseczce domowej roboty z płatków owsianych, polecam gorąco 🙂 Takie smarowidło nawilży, poprawi wygląd skóry i jest doskonałe dla cery trądzikowej ze względu na właściwości przeciwzapalne i bakteriobójcze.
Owies zawiera wiele witamin i minerałów (witaminy: E, PP, B1, B6, a także magnez i selen) dlatego warto go wykorzystywać jako składnik takich domowych specyfików. Poniżej podaję przepis na taką maseczkę jaką ja sobie wczoraj zrobiłam, ale jest bardzo dużo przepisów na tego typu maseczki w internecie i oczywiście można również eksperymentować samodzielnie, do czego zachęcam 🙂 Warto przyjrzeć się dokładniej temu co mamy w kuchni i korzystać z bogactw natury 🙂 Przede mną na pewno jeszcze mieszanka z bananem, mlekiem i skrzypem polnym.

 

muesli-668519_640

 

Składniki:
* 4 łyzki płatków owsianych
* 4 łyżki ciepłej, przegotowanej wody
* łyżka miodu
* łyżeczka soku z cytryny
Wszystkie składniki dokładnie mieszamy, a gdy płatki zgęstnieją nakładamy maseczkę na twarz na 15-20 minut. Po upływie tego czasu zmywamy letnią wodą (można jeszcze przed zmyciem wykonać tą mieszanką peeling).
UWAGA!!! Maseczka będzie spływała z twarzy, więc polecam zabezpieczyć twarz ręcznikiem albo jeśli macie taką możliwość to robić ją w wannie, podczas kąpieli.

Ulubieńcy marca

Dzisiaj chciałam podzielić się z Wami moimi ulubionymi produktami marca. Ostatnio pisałam o moich kosmetycznych faworytach w podsumowaniu 2014 , więc teoretycznie mogliby to być ulubieńcy pierwszego kwartału 🙂 Nie wynika to z mojego lenistwa, a raczej z tego, że nie w każdym miesiącu trafiam na jakiś hit 🙂 Przejdźmy zatem do rzeczy (kolejność jest przypadkowa):

1. Podkład Inglot Perfect Coverup w odcieniu 71

Możecie przeczytać o nim tutaj , więc nie będę zanudzała Was ponownie moimi wrażeniami. Dodam tylko tyle, że używam go codziennie od początku marca i dotarłam ledwie odrobinę za połowę opakowania, więc wydajność jest całkiem zadowalająca. Na dowód możecie zobaczyć poniżej zdjęcie obrazujące bieżący stan zużycia.

WP_20150408_007

2. Hasco- Lek Maść ochronna z witaminą A

Maść z witaminą A, potocznie zwaną maścią witaminową poleciła mi przyjaciółka przy okazji przesuszonych, przemarzniętych dłoni- pomogła właściwie już po jednym użyciu. Dla mnie jest to cudo kosmetyczno – apteczne za mniej niż 5 zł. Produkt o tak szerokim zastosowaniu, że nie śniło mi się o czymś takim nigdy. Zaczęłam od dłoni, potem okazało się, że znakomicie łagodzi objawy atopowego zapalenia skóry, a nawet sprawia, że wszystkie przesuszone, rozdrapane plamy znikają, a skóra jest w znakomitej kondycji (sprawdzone, przetestowane na młodym- w ciągu 5 dni pozbyliśmy się dzięki maści witaminowej poważnie rozdrapanych ran). Ostatnio, gdy przy zmianie wody moja twarz zareagowała dużymi i bolesnymi wypryskami również użyłam tego produktu smarując prawie całą twarz na noc. Rano podskórne wypryski były wyraźnie mniejsze, złagodzone i przestały boleć. Po kolejnej nocy to co miało się wygoić według moich prognoz w ciągu kilku dni prawie nie było widoczne. Nie wspominając o tym, że skóra była cudownie nawilżona, odżywiona, bez jakichkolwiek zaczerwienień czy plamek. Maści witaminowej używam również do stóp, na usta, ręce… jest bardzo uniwersalna i jest to produkt, który po prostu obowiązkowo trzeba mieć  w swojej kosmetyczce. Nie dość, że tani jak barszcz, to jeszcze o cudownych właściwościach. Jeśli chodzi o konsystencję to bardziej przypomina tłusty krem niż maść, ma lekko cytrynowy zapach- nie jest to może jakiś wyszukany aromat, ale przy takich właściwościach i cenie, zapewniam, że nie zwrócicie na to uwagi. Produkt do kupienia w każdej aptece za około 3-5 zł. Jeśli nie znacie, to polecam Wam go bardzo gorąco.

WP_20150408_001
3. Manhattan, Puder prasowany w odcieniu 0
Zupełnie przez przypadek i w ostatniej chwili przypomniałam sobie w Rossmannie, że potrzebuję puder matujący, najlepiej w kamieniu i tani, bo doszłam do wniosku, że wszystkie one są o kant tyłka rozbić i nie mam zamiaru inwestować nie wiadomo jakich pieniędzy w puder, który pewnie i tak nie będzie spełniał oczekiwań. I oto na horyzoncie pojawia się ON:

 

WP_20150408_002

Manhattan, za około 15 zł, w tandetnie plastikowym opakowaniu, dostępny w 8 odcieniach, w tym wybrany przeze mnie 0, czyli transparentny. W końcu, po przynajmniej 10 latach, znalazłam przypadkiem mój ideał! Jest cudownie jedwabisty, doskonale matuje, nie zostawia żadnego śladu (najczęściej puder w kamieniu osiada  na tych wszystkich mikro-włoskach na twarzy, ten tego nie robi) i już po pierwszym użyciu stał się moim numerem jeden.
WP_20150408_004

Po dwóch tygodniach odkryłak drugie dno… dosłownie 🙂 Okazuje się, że z prawie strony jest wysuwany jak szuflada pojemnik z gąbeczką 🙂
Nie zauważyłam go wcześniej, ani też nie skorzystałam z gąbeczki, więc nic nie mogę o niej powiedzieć, ponieważ zawsze używam pędzla.

WP_20150408_003

4. Alterra, Olejek do masażu migdały i papaja

Kolejny produkt pierwszy raz kupiony przypadkiem przy kasie tylko dlatego, że była promocja i z sympatii do innych produktów z Alterry. Kupiłam go wtedy za 9,99 zł, jego normalna cena to 17,99 zł za 100 ml. Powiem krótko- naprawdę warto się skusić. Używam go głównie na mokro, po prysznicu wmasowuję go w jeszcze mokrą skórę, a dopiero potem się wycieram (stosowanie jak zwykła oliwka do ciała). Pachnie pięknie cytrusami (tak, wiem, miała być papaja i migdały 😉 ), super się rozprowadza, aplikacja jest bardzo prosta i wygodna dzięki pompce no i jest mega wydajny. Stosuję go również do masażu, na suchą skórę i na tym polu także świetnie się sprawdza. Bardzo się polubiliśmy, bo jak każdy olejek jest produktem uniwersalnym, był także na moich włosach i dłoniach (skórki i paznokcie) i dał radę 🙂
Cena regularna może byc trochę odstraszająca jak za 100 ml, ale moim zdaniem warto. Duży plus należy się na pewno za skład produktu, a jeśli miałabym znaleźć minus to dałabym go za szklaną butelkę- łatwo się może wyślizgnąć z dłoni i rozbić robiąc niezły syf, jeszcze mi się to nie przytrafiło, ale znając moje zdolności biorę to pod uwagę. Skóra jest po nim nawilżona, jedwabista i chyba bardziej napięta, włosy w znakomitej kondycji (mieszam go na przykład ze zwykłą oliwą  z oliwek), skórki wyraźnie bardziej miękkie i nawilżone. Lubię produkty, które mają wiele zastosowań i są do tego skuteczne, dlatego olejek z Alterry ląduje w moich ulubieńcach i zagości na stałe w kosmetyczce.

alterra

5. Floslek, Żel ze świetlikiem lekarskim i aloesem, pod oczy i do powiek,o którym możecie przeczytać we wczorajszym wpisie.

Nie jest marcowych ulubieńców wielu, ale doszłam do wniosku, że wolę zrobić selekcję i polecić Wam to, czym jestem w 100% zachwycona, a powyższe produkty takie właśnie wywołały u mnie odczucia 🙂 Bardzo gorąco Wam je polecam i jak zwykle jestem ciekawa czy je znacie i jacy są Wasi ulubieńcy minionego miesiąca?